wtorek, 15 kwietnia 2014

II Rozdział XII

Itachi
Znaleźliśmy się w zaciemnionej, zatęchłej piwnicy. Całkiem podobnej do tej, w której zostawiliśmy nie dawno uśpionych Kibę i dwóch ANBU, dzięki czemu list dla Mirvy znajdował się teraz w zapakowanym zwoju w mojej kieszeni. Zdawałam sobie sprawę, że jawnie zaatakowaliśmy urzędnika państwowego oraz dwie jednostki specjalne, ale w tej sytuacji robiliby oni jedynie za zbędny balast w postaci sługusów Naruto.
Ta dwójka ANBU od początku mi się nie podobała, a Kiba już dawno stracił wszystko w moich oczach, więc z czystym sumieniem, z pomocą Sakury, wprowadziliśmy ich w stan śpiączki. Powinni obudzić się jutro rano z wielkimi, lecz uleczalnymi bólami brzucha w prezencie.
Pomieszczenie było duszne, lecz dość spore. Uaktywniłem sharingana, idąc za Mirvą. Sheeiren na moich plecach wydawała się być spokojna, co dało mi do myślenia, że znajdowaliśmy się w dobrym miejscu. Zastanawiało mnie, czemu Mirva użyła specjalnego rytmu przed wejściem do środka, jeśli nikt na nas tu nie czekał? Hm. Możliwe, że za jej czasów znajdowało się tu coś zupełnie innego.
- Imai? - spytała Zielona. Jej chakra drżała niespokojnie, gdy jej właścicielka rozglądała się dookoła.
- Ech - westchnęła Shee, poprawiając głowę na moim ramieniu, nie przejmując się poddenerwowaniem koleżanki. W sumie dlaczego ja jej jeszcze nie odstawiłem? - Kombinuj - ziewnęła, rozluźniając się.
- Sheeiren - warknęła Mirva, nadal szukając czegoś wzrokiem pośród ciemności, które rozświetlało jedynie kilka promieni światła słonecznego, wpadających do środka przez małe kratki przy suficie.
- No co? Podobno jesteś sprytna. - Spojrzałem na Sasuke, który nadal miał na plecach Sakurę, tylko w przeciwieństwie do mojej podróżniczki, jego spała głęboko.
- Nie mam nastroju do żartów. - W pomieszczeniu znajdowały się stare pudła i dawno nieużywane meble, zagracając ściany zbudowane z cegieł. Odwróciłem się i zobaczyłem, że nad wejściem znajdował się nadpsuty szyld “Przyjemna Sue”. Burdel?
- Nie spinaj się tak - mruknęła, po czym wyprostowała się. - Postaw mnie - powiedziała, starając się dobudzić. Rozluźniłem chwyt, a ona zgrabnie zeskoczyła na ziemię. - Trochę cię tu nie było. - Podeszła do ściany na przeciwko nas, odstawiając kilka pudeł na bok. - Pod twoją nieobecność pozwoliłam sobie wprowadzić trochę innowacji. - Zaczęła macać dłonią ścianę, po chwili wyjmując z niej pojedynczą cegłę. - Mówiłaś, że wrócisz i ja ci wierzyłam. Serio, serio. - Włożyła ją z powrotem, mając jednak w dłoni jakiś przedmiot. - Miałam pilnować twojej frakcji razem z Murrenem, Nami oraz Hayley i naprawdę wzięłam to sobie do serca. - Podeszła do starej szafy wciśniętej w kąt. - Ale jednak zdecydowałam się nie respektować wszystkich twoich wytycznych. - Coś zrobiło ciche “klik”, a Mirvę tak opętało zdziwienie, że nie była w stanie się odezwać. - Trzy dni po zmianie miejscówki wkroczyła tu Armia. Możesz nazwać to intuicją, choć wiem, że ktoś nas podkablował - warknęła, kręcąc chyba jakąś korbą, wnioskując po dźwiękach, które zaczęły wydobywać się zza ściany. - I nie chcę słuchać ponownie nieuniknionej - przewróciła oczami - reprymendy, więc sobie oszczędź.
- Zakwestionowałaś moje rozkazy - syknęła Mirva, a w przeciwległej ścianie ukazało się wąskie przejście.
- Właśnie dlatego nie nadawałam się do wojska i zostałam rebeliantką. - Pokazała jej język zadowolona z siebie i weszła do dziury, a my zaraz za nią.
Nie lubiłem się odzywać. Często uważałem to za zbędne, bo co po tracić czas na bezsensowne konwersacje? Jedyną osobą, z którą rozmowa mi nie ciążyła, była Imrin - mogłem z nią porozmawiać na każdy temat, przez co nie odczuwałem potrzeby robienia tego z nikim innym. Słowa często są źle interpretowane i sprowadzają tylko niepotrzebne kłopoty. Wynikają z nich jedynie kłótnie i sprzeczki, a w ferworze gniewu z ludzkich ust wydaje się ich aż nazbyt wiele, często psując wszystko, co udało się osiągnąć przez dni, miesiące, czy lata ciężkich starań. Właśnie dlatego wychodziłem z założenia, że słowa są niczym, więc nie protestowałem, jedynie czujnie lustrując wzrokiem otoczenie, zawsze gotowy na atak.
Zawsze.
Mirva co chwilę prychała, chcąc wyrazić swoją złość, będąc już w swoim naturalnym ciele, a Sheeiren nic sobie z tego nie robiąc szła rezolutnie przed siebie, nie zwracając na to uwagi. Korytarz był wąski, a my poruszaliśmy się w kompletnych ciemnościach. Drzwi za nami zamknęły się, a ja widziałem wszystko tylko dzięki sharinganowi.
Dziewczyny jednak nie protestowały, choć Zielona miała na to chyba ochotę. Uczepiła się ramienia koleżanki, idąc za nią w mrok. Był to gest… dość dużego zaufania,jak dla mnie. Mirva w Konoha chyba nikogo nigdy nie dotknęła, chyba, że była Mirandą. Ostatnio zacząłem się nawet zastanawiać, co stało się z jej drugą osobowością, lecz jak wspominałem - nie lubię rozmawiać, a pytać tym bardziej. Nienawidzę być zdany na czyjąś łaskę nawet, jeśli chodzi o informacje, przez co trudno było mi przystać na układ Imai. Jednak ten kontynent miał przede mną jedynie tajemnice, co zmuszało mnie do zadawania pytań. Czyżbym schodził na psy?
Sheeiren szła pewnie przed siebie, dotykając dłonią ściany. Czułem, że od samego początku schodziliśmy w dół, lecz teraz temperatura powietrza uległa obniżeniu, a przed nami pojawiło się rozwidlenie dróg.
Gdy Shee przestała czuć ścianę pod ręką, zatrzymała się.
- Teraz przejdziecie jakieś dwa metry, po czym skoczycie. Znów dwa metry i kolejny skok - powiedziała, patrząc się w ciemność przed sobą. - Nie miałam planu używać dziś tych przejść, ale jeśli pani kapitan - prychnęła z dezaprobatą, lecz uśmiechem na ustach - zaprowadziła nas do Sue, to nie miałam innego wyjścia. Przecież nie mam prawa głosu. - Teraz uśmiechnęła się już całkowicie, co widziałem jedynie ja i mój brat.
Wszyscy zrobiliśmy, jak nam radziła. Ostatni szedł Sasuke nadal z Sakurą na plecach. Zastanawiałem się, czemu jeszcze jej nie obudził i nie kazał normalnie iść, bo za pewne zrobiłby to jeszcze kilka miesięcy temu. A teraz? Niósł ją bez słowa, wyglądając jakby uważał to za normalne. Nadal nie przestaje mnie zadziwiać.
Jednak przy drugim skoku nie doskoczył wystarczająco daleko, przez co pod jego stopami otworzyła się zapadnia. Błyskawicznie obróciłem się, łapiąc go za rękę, lecz on już wisiał nad przepaścią. Całą swoją siłą odrzucił Sakurę w moją stronę, którą złapałem jednym ramieniem, nadal nie puszczając jego ręki. Dziewczyna była bardzo lekka, przez co nie sprawiło mi to większego kłopotu. Sasuke wspiął się do góry, stając po chwili na przeciwko mnie. Trwało to może niecałą sekundę.
- Co się stało? - Rozległy się pytania Sheeiren i Mirvy, lecz ja nadal patrzyłem bratu w oczy, który nie był mi dłużny.
- Dziękuję, że ją złapałeś. - Nie spuścił ze mnie wzroku, lecz wyciągnął dłonie po dziewczynę, która zaczęła lekko kręcić głową we śnie. Podałem mu ją, a on wziął ją na ręce, mając ją teraz przed sobą. Sakura odruchowo wtuliła się w jego pierś, lecz nadal mamrotała coś pod nosem. - Śpij - powiedział do niej, a ona jak na zawołanie uspokoiła się, zapadając znów w sen.
Zaskakujące.
- Idźcie dalej - powiedziałem do osłupiałych dziewczyn. Mirva zdążyła już nas w jakiś sposób poznać, więc nie oczekiwała odpowiedzi, z kolei po Sheeiren oczekiwałem tyrady pytań, lecz dziewczyna również zamilkła.
Ruszyliśmy. Skręcaliśmy jeszcze kilkukrotnie. Po zgniłej podłodze od czasu do czasu spacerowały sobie rozmaite rodzaje szczurów, a jeden był nawet fioletowy. Innowacje? Czemu nie.
Ściany korytarzy były wykonane raz z cegieł, raz z jakiegoś dziwnego rodzaju betonu. Myślę, że urządzaliśmy sobie właśnie spacerek pod posiadłościami zwyczajnych ludzi na górze. Oczywiście kompletnie mi to nie przeszkadzało, a jedynie interesowało, w jaki sposób wydrążono tu te tunele, bo byłem prawie pewien, że nie było ich w pierwotnych planach miasta.
- Zrób to - powiedziała zaczepnie Sheeiren, kierując te słowa do Mirvy, która jednak obrażona nie odezwała się nawet słowem. - Nie daj się prosić - zamruczała, cała zadowolona, podjudzając koleżankę. - Luuubisz to.
- Nienawidzę - warknęła Zielona, zaciskając pięści. - Tylko trochę mnie nie było, a ty zrobiłaś tu swoje porządki.
- Swoje, lepsze - zaakcentowała - porządki. Chyba nie sądziłaś, że będę czekać grzecznie na dywaniku w kwaterze aż wrócisz - zaśmiała się. - Zaraz zobaczysz, co jeszcze się zmieniło. - Ton głosu którego użyła można było zaliczyć do tajemniczego, lecz usłyszałem w nim lekką nutkę satysfakcji. Nie znałem tej dziewczyny, ale niespodzianka w jej wydaniu nie podchodziła według mojej intuicji pod rzeczy bezpieczne i ogólne akceptowalne.
Sheeiren zatrzymała się, choć nie był to koniec korytarza. Zastanawiało mnie to, jakim cudem szła przed siebie z taką pewnością nie widząc kompletnie nic. Dla większości ludzi ciemność była jednym z najgorszych wrogów, a dla niej wydawała się być kompanem, z którym dziewczyna idealnie się zgrywała.
Uderzyła w pozornie losową cegłę, która upadła z głośnym trzaskiem po drugiej stronie ściany. Włożyła rękę w dziurę, usłyszeliśmy ciche “klik”, a jasne pomieszczenie stało dla nas otworem.
- Wróciła. - Mężczyzna siedzący przy okrągłym stole uderzył czołem o blat.
- Tęskniłeś, prawda John? - zaświergotała Imai, pewnym krokiem wchodząc do środka.
- Wręcz przeciwnie - mruknął, a Mirva postawiła swoje stopy na betonowej posadzce.
- Witamy wśród żywych. - Mężczyzna stojący pod ścianą skinął na nią głową, a ona wykonała ten sam gest.
Nagle kątem oka zarejestrowałem ruch. Ktoś rzucił w nas nożem. Mirva zgrabnie go uniknęła, Sheeiren podniosła gardę odchylając się, a ja złapałem go w dwa palce, natychmiast odrzucając w miejsce z którego przyleciał. Patrzyłem beznamiętnie na blondwłosego mężczyznę siedzącego pod ścianą, który jeszcze przed chwilą bawił się drugim nożem. Teraz jednak ostrze upadło z łoskotem na blat, co było reakcją jego właściciela na jego drugą zabawkę, która wbiła się w drewnianą powierzchnię szafy zaraz obok jego głowy.
- Ładny rzut. - Stwierdziła Sheeiren, jakby nic się nie stało podchodząc do stołu.
- Nic się nie zmieniłeś - mruknęła Mirva, nie zaszczycając już chłopaka spojrzeniem.
- Urosłem - zaprotestował, krzyżując ręce na piersi. Miał może piętnaście lat, wnioskując po jeszcze chłopięcych rysach jego twarzy. Trochę przydługa grzywka wpadała mu na błękitne oczy, kontrastujące z czarno-białą koszulką.
- Tylko fizycznie - poinformowała Shee, podchodząc do najbardziej rozbudowanego typka, stojącego pod ścianą. Wyciągnęła dłoń, a on zza swoich pleców wyciągnął dwa sztylety i podał jej.
- Naostrzone - powiedział niskim tonem, szczędząc dalszych poczynań w stronę dziewczyny.
- Więc. - Sheeiren podeszła do stołu. My już wszyscy znajdowaliśmy się w środku, lecz mężczyzna, który ułożył głowę na stole nadal jej nie podniósł i nie zanosiło się na to, aby to zrobił. - To jest teraz nasza nowa kwatera. - Machnęła niedbale dłonią.
Pomieszczenie było wyłożone ciemną tapetą, którą rozświetlał blask świeczek porozstawianych w strategicznych miejscach. Na środku stał okrągły stół, po lewej zwykłe biurko, a po prawej szafy i fotele.
- A co ze starą? - spytała Mirva, chodząc po pokoju.
- Mówiłam ci, że mamy wtykę - syknęła Imai, rzucając podejżliwe spojrzenie na młodego blondyna.
- Ejejej! Ja nic nie zrobiłem! - Uniósł ręce w poddańczym geście,a Zielona prychnęła.
- Rzeczywiście, nic się nie zmieniłeś.
- Wypraszam sobie - żachnął się chłopak.
- Przestańcie… - mruknął facet leżacy głową na stole.
- Bo co? Bo co? Chcesz się bić? - Wystartował do niego młody, a ten nawet nie uniósł tej pieprzonej głowy.
- To, że  bierzesz viagrę nie zrobi z ciebie prawdziwego mężczyny, więc nie próbuj nim być. Siadaj. - No no, ktoś tu wjechał komuś na męskie ego.
- To ci się udało, Aaron - mruknęła Shee.
- Do rzeczy - ucięła Mirva, stając przodem do małolata, nie spuszczając z niego czujnego wzroku.
- Jakoś niedawno kazałam sprzątnąć tą szuję - Goslinga - warknęła i zaczęła pukać palcami o blat. - Jestem prawie pewna, że to on jest wtyką Tanady.
- Ten Gosling? - Mirva uniosła brwi w pytającym geście, na co Imai kiwnęła głową. - Przypłynęłam z nim tutaj, choć nie wiedział, że przewoził właśnie mnie - mruknęła, pocierając skronie w geście zamyślenia. - To by się zgadzało - powiedziała głucho.
- Co dokładnie?
- Nie wiedział, że miał mnie na pokładzie. Jakoś tak wyszło, że ja nie widziałam jego i vice versa, zbieg okoliczności. - Wbiła wzrok w podłogę, analizując fakty, które już i dla mnie składały się w logiczną całość.
- Nie było go prawie trzy dni. Dyara spotkała go dopiero w Harace. Tam wymknął się na jakieś zebranie, lecz on poszła za nim i zdjęła mężczyznę, który chciał go zabić, po czym odeszła - powiedziałem, a Sheeiren uraczyła mnie zaintrygowanym spojrzeniem szarych, zimnych oczu.
- Tego mi nie powiedziałeś - rzuciła oskarżycielsko Mirva.
- Nie mam takiego obowiązku.
- Coś jeszcze? - Zielona stanęła teraz przodem do mnie, a trybiki pracujące w jej głowie były widoczne prawie gołym okiem.
- Kahira wprowadziła swoje rządy i niestety bądź stety - powiedziała głośno - kłamliwa sucz - dorzuciła warcząc pod nosem - mieszka teraz w Pałacu, lata wokół niej banda sługusów, a ona sama została doradcą.
- Kurwa! - Właśnie patrzyłem na stół, który rozpadł się… złamał się w połowie pod wpływem uderzenia pięści Mirvy.
Czy ona właśnie nazwała Imrin kłamliwą suką?
Popatrzyłem na dziewczynę, co chwilę zmieniając kategorię jej osoby w posortowanych pieczołowicie szufladkach w mojej głowie. Jednak za każdym razem, gdy udało mi się ustalić jakieś dogodne dla niej miejsce, ta jak na złość je zmieniała.
O mnie powiedziała, że jestem zabawny, kiedy w przeciągu ułamku sekundy mogłem pozbawić ją głowy, a teraz jeszcze dodała dość osobliwe określenia w stosunku do mojej, bądź co bądź, ale byłej dziewczyny. Ja… nie wiedziałem jak to skomentować.
- Nomada i część frakcji w której był Gosling wyobraź sobie stacjonuje teraz w pałacu. - Sheeiren prychneła i oparła się o ścianę.
- Też się nad tym zastanawiałem - Aaron ziewnął zdegustowany, bo już nie miał na czym trzymać głowy, co wyraźnie dał nam do zrozumienia swoją miną. - Zawsze chciałem mieć kibel ze złota.
- Oni mają kibel ze złota? - Jonny znów wstał z nadmiaru emocji, a w tym momencie po twarzy Sheeiren przetoczyła się fala przeróżnych emocji, które ewoluowały w nowy rodzaj irytacji.
- Czy możesz łaskawie usiąść i się nie odzywać, czy mam ci pomóc?
- Dobra, dobra… - mruknął i klapnął na krzesło. Spojrzałem kątem oka na Sasuke, który powinien się jakoś przejąć tą rozmową, lecz on najnormalniej w świecie miał to kompletnie gdzieś. Stał za mną ze śpiącą Sakurą na rękach, nie interesując się naszą rozmową. Choć zapewne słuchał, tylko nie chciał żeby było to widać. Myśli, że przez to jest cwany. Ach, ta ułudność…
- Konkrety - sprecyzowała Mirva, drżąc z wściekłości.
- Nie wiem, czy twoja wyprawa do pałacu ma jakikolwiek sens - powiedziała Imai, a w pomieszczeniu zapadła cisza.
- Jak tylko zobaczę tą… wybacz Itachi - zwróciła się do mnie, lecz po chwili znów popatrzyła na swoich wspólników - sukę, to ukręcę jej łeb. Nawet się nie zorientuje, kiedy to zrobię. - Zacisnęła pięści. Duża świeczka stojąca w rogu zgasła, zaciemniając pomieszczenie.
- Aż mnie korci, żeby jednak tam iść i zobaczyć jak lawirujesz pomiędzy tymi ludźmi czyniąc prawdziwą, piękną rzeź. Aż łezka się w oku kręci. - Sheeiren udała, że wyciera dłonią oczy, a mi nasunęła się tylko jedna myśl: czy ta dziewczyna posługuje się czymś innym co nie jest kpiną?
- Idziesz ze mną, czy rezygnujesz?
- Nie zadawaj mi pytań retorycznych, chociaż dziś. - Odbiła się od ściany i podeszła do szuflady biurka przy którym siedział John. Chłopak na ten widok wstał i oddalił się od Sheeiren, chyba bojąc się jakiegoś niespodziewanego ciosu, który… nadszedł prosto w jego ramię i doszedł do celu. - Za wolno - zaświergotała, a on zdenerwował się. Wykonał unik, to fakt. Ale rzeczywiście za wolno. - Łap - powiedziała, rzucając coś w kierunku Mirvy.
Zielona złapała ów przedmiot, który okazał się być sztyletem z wyrafinowaną rękojeścią.
- Skąd go masz? - wydukała zszokowana.
- Po tym jak, hm...odeszłaś i dzielnica twojego klanu została zamknięta, zdecydowałam się iść do twojego starego mieszkania, a raczej tego, co z niego zostało - powiedziała, zamykając szufladę.
- Pamiętałaś. - Mirva podeszła i przytuliła ją, a Sheeiren uśmiechnęła się szczerze, co było dla mnie kolejnym zjawiskiem do dopisania na liście dziwnych zdarzeń. Nim się spostrzegłem, następna świeczka przestała emanować światłem.
- Dobra, starczy tych czułości. - Odwzajemniła uścisk i popatrzyła na nas wszystkich po kolei. - Wyjdziemy o zmroku, będzie nam się łatwiej ukryć. - Czułem podwójne dno w słowie zmrok. Normalnie kojarzy się ono z czymś złym, niebezpiecznym i nieodgadnionym, lecz w jej ustach brzmiało to jak największe możliwe ułatwienie. - O dziewiętnastej jest zmiana warty. Nadal nie wiem, jak chcesz wejść do Pałacu.
- Spektakularnie - odparła Mirva.
- Czyli na razie nic nam nie powiesz? - Shee uniosła jedną brew, na co ta skinęła głową. - Mamy teraz jakieś dwie godziny przerwy. Johny -  zwróciła się do blondyna - skocz po coś do jedzenia. Umieram z głodu. - Złapała się za brzuch, akcentując swoje słowa.
- Czyli jak zawsze - mruknął, podnosząc się. - Studnia bez dna - rzucił pod nosem, mijając mnie, aby po chwili wejść do szafy i w niej... zniknąć.
- Aaron podnieś swój zacny tyłek i rozlokuj ich po najbliższych pokojach oraz dopilnuj, aby ten bachor dostarczył to jedzenie. Ja tu jeszcze zostanę - powiedziała, siadając przy biurku.
- Proszę za mną  - zironizował mężczyzna, który okazał się średniego wzrostu, z kilkudniowym zarostem i kilkuletnim brzuchem, który wystawał zza paska jego spodni.
Sasuke posłał mi pytające spojrzenie, kiedy się nie ruszyłem. Skinąłem głową na znak, że zostaję, a on podążył za Mirvą i Aaronem do szafy. Zielona jednak zatrzymała się w przejściu, mówiąc:
- Zjem coś i przyjdę obgadać szczegóły. - Po czym zniknęła za tajemniczymi drzwiami.
- A ty na co czekasz? - spytała Sheeiren, czytając jakieś dokumenty.
- Na informacje - powiedziałem, podchodząc bliżej, aby oprzeć się o ścianę obok krzesełka na którym siedziała. Trzecia już z kolei świeczka zgasła, a przy życiu została tylko jedna, przez co w pomieszczeniu zrobiło się ciemno.
- Fajnie, bo ja na zbawienie - mruknęła, podpisując kolejne papiery. Cokolwiek widziała? Spojrzałem na wysokiego, barczystego mężczyznę, który nie odezwał się jeszcze ani słowem prócz momentu w którym podał jej sztylet, a mnie ubodło trochę to, że pierwszy raz nie byłem osobą, która w danym pomieszczeniu odezwała się najmniej.
- To jest ten czas, kiedy zadaję pytania. - Już przestała bać się patrzeć mi w oczy. Widocznie zorientowała się, że sharingan nie objawia się w czarnych tęczówkach, co musiało ją trochę uspokoić, bo zachowywała się jeszcze luźniej, o ile było to w ogóle możliwe.
- To jest ten czas kiedy jestem głodna - burknęła, marszcząc brwi.
- Ja też. - Popatrzyła na mnie dziwnie. - Głodny informacji.
- A tam. - Machnęła ręką. - Andrew, zostawisz nas samych? Ach! I za jakiś czas przynieś nowe świeczki. - Mężczyzna bez słowa zniknął w szafie. Aby zmieścić się w przejściu musiał się schylić co wyglądało z deka komicznie.
- Kim jest Kahira? - Dość spokojnie przyjąłem określenie, jakim naznaczyła Imrin. Coś kazało mi wierzyć, że miała ku temu powód, lecz coś innego kazało mi temu przeczyć.
- Kobietą, która wymordowała cały klan Mirvy - powiedziała, jakby właśnie mówiła, że jutrzejszy dzień będzie słoneczny z małą dawką zachmurzenia. Zmarszczyłem brwi, analizując informacje.
Imrin miałaby wybić tylu ludzi?
A to podobno przeciwieństwa się przyciągają.
- Coś więcej?
- Włącznie z jej córką, Mirandą, ale to już pewnie wiesz. - Odchyliła się na krześle, lekko bujając się w przód i w tył. - Mirva nigdy nie była szanowanym wojownikiem przez swoją odmienność. Stanowisko, które objęła w Hecce jest zasługą godzin ciężkiej pracy. Musiała wyjść na przeciw dosłownie wszystkiemu i wszystkim. - Zapatrzyłem się w ogień, który powoli trawił knot świecy. Był bezlitosny i nieustannie ukrócał jego długość, prowadząc do tego, że świeczka niedługo zgaśnie. Tak samo jest z  ludźmi i ich nienawiścią. Jeśli jej ogień w ludzkiej duszy nie zgaśnie, wypadli on wszystko, nie pozostawiając po sobie nic wartościowego. - Kiedy urodziła się Miranda, Mirva była na szczycie kariery i nie myślała nawet o tym, aby porzucić to pasmo sukcesów. - Dziewczyna zapatrzyła się w jeden punkt, gotowa wylać potok słów, który notabene był mi bardzo na rękę. - Jednak, gdy mała miała trzy lata, Mirva zdecydowała, że musi z tym skończyć, aby ją chronić. Wywołało to falę konfliktów w naszej frakcji, jak i w Nomadzie - warknęła, zagryzając dolną wargę. - Mirvie została przydzielona ostatnia misja. Miała zabić chłopaka, który szmuglował narkotyki. Uzależniła się od tego połowa slamsów, a ludzie zaczynali popadać w paranoje. Rabunki i pobicia były na porządku dziennym, a my musieliśmy z tym skończyć. Naćpane społeczeństwo nie było nam potrzebne. - Przestała się bujać, opierając łokcie na biurku. - Spełniła misję, lecz dostała wezwanie do jednej ze starych kwater. Kiedy wróciła do domu, zastała spaloną dzielnicę i ciało jej córki na dziedzińcu zmasakrowane najbardziej ze wszystkich oraz małą karteczkę,  na której podpisała się ta zdzira. - Z racji, że moja wyobraźnia była raczej bujna, a mordów widziałam w życiu co najmniej dużo, miałem to wszystko przed oczami. Przecież kiedyś doświadczyłem tego żywo. - Reszta tyczy się już Talithy - westchnęła, a pomiędzy nami zapadła chwilowa cisza. Mnie jednak nękało pewne pytanie.
- Co się stało z Kahirą?
- Teraz moja kolej - zaoponowała, patrząc się na mnie butnie.
- Gramy po dwa - zaryzykowałem, a ona o dziwno zgodziła się.
- Przez rok przewodniczyła Nomadzie. To był czas, kiedy Mirva oznaczona była już listem gończym. Ach, zapomniałam - mruknęła, poprawiając kucyk. - Mirva po drodze zabiła jeszcze królewską córkę, ale był to czysty przypadek.
- Przypadek?
- Yhym. - Dziewczyna zaczęła się nad czymś głęboko zastanawiać, bo przestała wodzić wzrokiem na prawo i lewo. - Jednak, gdy Mirva opuściła Korynt, Kahira również zniknęła. Przed odejściem zdążyła napisać tylko krótką wiadomość, że kiedyś wróci, lecz teraz musi uciekać oraz, że oddaje mi dowództwo nad swoją frakcją. Koniec.
W pomieszczeniu zapadło milczenie, a ciszę przerywały jedynie nasze oddechy i skwierczenie ostatniej, niedopalonej jeszcze świecy. Informacje w mojej głowie zaczęły się pomału sortować, przydzielając odpowiednich ludzi do odpowiednich wydarzeń i sygnałów przysłanych przez mojej kruki. Teraz dziwne zachowania niektórych korynckich jednostek poruszających się po mieście nabierały sensu.
- Szmuglowanie narkotyków nadal się odbywa - powiedziałem, mając teraz dostęp do punktu widzenia jednego z moich ptaków, który stacjonował w przystani, gdzie właśnie wyładowywano towar.
- Jaki adres? - Zmrużyła oczy, przestając bawić się długopisem, który przed chwilą jeszcze obracała w palcach.
- Roys A… - Z szafy wydobyły się jakieś dziwne dźwięki, a ja odruchowo sięgnąłem do kabury. Okazało się, że był to tylko Johny z czymś w ręce.
- Chciałaś coś na szybko, znalazłem tylko czekoladę. - Rzucił jej opakowanie, a ona zręcznie je złapała.
- Jaki to był adres? - spytała.
- Roys Avenue 5/78.
- Słyszałeś? - Zwróciła się do blondyna. - Bierzesz swoją ekipę i lecicie do portu. Przypłynął transport.
- A-ale jak to? - Otworzył szerzej oczy, postępując krok do przodu.
- Wykonać rozkaz - ucięła i westchnęła, gdy tylko chłopak znów zniknął w szafie. Z pozoru nie było widać po niej zmęczenia, lecz takie małe gesty jak lekkie opadanie powiek, czy upadek długopisu na biurko ją zdradziły. Wyglądała na osobę dość skrupulatną, która lubiła mieć wszystko pod kontrolą, a za to niestety trzeba słono płacić. - Jak mam się nauczyć kontroli chakry?
Chwilę zastanawiałem się, jak odpowiedzieć jej na to pytanie, aby chociaż w jakimś stopniu zrozumiała to, co chciałem jej przekazać.
- Chyba chciałaś powiedzieć: jak możesz nauczyć się kontroli chakry - powiedziałem, dochodząc do wniosku, że nikt nam już teraz nie przeszkodzi. Chyba, że Mirva, która miała tu zawitać, lecz dla niej chakra nie była obca, a na pewno zrozumiałaby sytuację, kiedy trzeba komuś wytłumaczyć jej działanie.
- Do rzeczy - westchnęła, zamykając oczy i odchylając głowę do tyłu. A jednak, zmęczona.
Zbadałem przepływ chakry w jej ciele i coś mi nie pasowało. W pewnych miejscach kanały jej przepływu torowały jakieś zapory, które skutecznie spowalniały krążenie niebieskiej energii po jej organizmie, choć nie w takim stopniu, aby nie mogła jej używać.
- Potrafisz przekierować chakrę w którąś część swojego ciała?
- Wydaje mi się, że tak - odparła, marszcząc brwi.
- Wydaje ci się?
- Nie do końca nad tym panuję, więc nie wiem, czy udaje mi się to w stu procentach.
- Wejdź po tej ścianie. - Kiwnąłem na najbliższą, a ona popatrzyła na mnie, jak na idiotę.
- A-ale jak?
- Potrafisz wzmocnić swój bieg i uderzenia, tak? Więc nakieruj chakrę do stóp, a potem najnormalniej w świecie wejdź po ścianie.
Dziewczyna zaparła się o kolana, wbijając wzrok w podłogę. Po chwili jednak wstała zdecydowanie, powodując tym samym podmuch wiatru, przez co zgasła ostatnia świeczka. Zatrzymała się w pół kroku, a kiedy już chciała ruszyć dalej, wytworzyłem małą kulę ognia, która poleciała pod wskazaną przeze mnie ścianę, aby rozświetlić pomieszczenie.
Sheeiren natychmiast nakryła głowę rękoma i krzyknęła, a moja kula zgasła. Dziewczyna zaczęła się trząść, a do moich uszu doleciał dźwięk… deszczu. Uniosłem spojrzenie i zaniemówiłem. Nad zdruzgotaną Sheeiren wisiała w powietrzu mała, szara chmurka, z której obficie spadały krople deszczu moczące posadzkę.
- Nigdy więcej tak nie rób - wydukała, powoli rozluźniając chwyt, którym zakleszczyła swoją głowę we własnych ramionach. Powoli zdawała się uspokajać, a z razem z mijanym czasem i ustabilizowaniem jej nastroju, chmurka malała. Uniosła się z powrotem na nogi i nie wyglądała już tak pewnie jak wcześniej. Jej zgarbione ramiona odebrały dziewczynie trochę wzrostu, a nadal jeszcze trochę przestraszone spojrzenie nie zabijało nikogo z efektem natychmiastowym. Objęła się ramionami, lecz stała już na nogach. - Po prostu tak nie rób - szpenęła wbijając wzrok w podłogę.
Nadal stałem oparty o ścianę, lecz teraz przyglądałem się jej bardziej wnikliwie.
- Nie panujesz nad tym - stwierdziłem, a ona popatrzyła na mnie niepewnie. - I widzisz w ciemności.
- Wcale nie - zaprzeczyła od razu. Zdała sobie sprawę ze swojego błędu dopiero po krótkiej chwili. Zrobiła to za szybko, przez co ujawniła się.
- Jak to robisz?
- Wiesz co? Skończymy tę grę. Nie było tematu - powiedziała, poprawiając kucyka. To ewidentnie zdolność klanowa, połączona z suitonem. Coraz bardziej się zastanawiam, czy moc nie jest po porstu inaczej nazywaną chakrą.
- Jeśli to przez chakrę i jeżeli nad tym nie panujesz, to może cię zabić - stwierdziłem fakt, lecz ona nie wydawała się zaskoczona.
- Na coś trzeba umrzeć. - Spuściła wzrok i oparła ręce na biodrach.
- Nie tylko ciebie, ale również ludzi w twoim otoczeniu - sparowałem, a ona dopiero wtedy zdecydowała się na mnie spojrzeć. - Wybuchniesz jak bomba zegarowa. Masz zapchane niektóre kanały przepływu chakry. Jeśli skumuluje się ona w jednym miejscu, a ty się wściekniesz bądź przestraszysz, umrzesz.
- Co mam zrobić? - spytała po chwili.
Przynajmniej potrafiła się ogarnąć i zacząć logicznie myśleć. Zdała sobie sprawę z tego, że była zagrożeniem dla swoich ludzi i chyba to przeważyło szalę.
- Na początek musisz skupić się, na wyczuciu chakry w swoim organizmie, na znalezieniu jej w sobie i zdolności robienia tego w krótkim czasie.
- Czuję ją tylko, gdy jestem wściekła, bądź przestraszona - mruknęła.
- Dlaczego boisz się ognia?
- Musimy się zbierać. - Z szafy wyłoniła się Mirva. Za nią nikło światło korytarza, a ona nie widziała nic, co znajdowało się w pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy. - Boże, czemu siedzicie po ciemku?
- Taki kaprys - sparowała Imai, biorąc się w garść. Chyba nie chciała pokazać przy Zielonej swoich słabości. Spojrzałem na nią i jedyne co zauważyłem to to, że wyraźnie miała sobie za złe, za to co się przed chwilą stało.
- Wysłałaś Johnego do przystani, a tam mieli bójkę z oddziałem Armii. Są ranni, a w tej części miasta wybuchła panika. Ktoś puścił plotkę, że zajmujemy miasto i ludzie zaczęli sami wymierzać sprawiedliwość.
- Czułam to - syknęła, zaciskając pięść.
- Musimy wejść już teraz - powiedziała Mirva, a ja powoli odkleiłem się od ściany.
- Idź przekaż Aaronowi, że przechodzimy do planu Z. Ja pójdę przekazać to gońcowi, który pośle to dalej. - Zebrała dwa sztylety z biurka i podeszła do drzwi, którymi nas tu wprowadziła, lecz najpierw podniosła cegłę, która wcześniej spadła na ziemię.
- To chyba nie jest mądry pomysł, abyś szła tam z nami. - Sheeiren zatrzymała się z ręką na klamce. - Nie możemy zostawić Hekki pod władzą Thora, Murrena, Hayley i Nami. Do tego Nami poszła na misję i nie wiemy czy wróci.
- Dobrze wiesz, że nie idę tam jedynie z powodu chęci niesienia ci pomocy - mruknęła cicho, otwierając drzwi.
- Ty jeszcze zdążysz załatwić swoje sprawy, a jeśli pójdziesz, możesz nie mieć już tej możliwości.
- Za dziesięć minut spotykamy się w tym miejscu. Nie zabierajcie zbędnych bagaży, a jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Niech Aaron przygotuje płaszcze. - Po tych słowach opuściła pomieszczenie, a ostatnim znakiem jej obecności była cegła wepchnięta w ścianę.
- Dlaczego nie chcesz, żeby szła do pałacu? - spytałem, zaczynając tracić ostrość widzenia. Kurwa.
- Dlaczego mimo możliwego konfliktu z Konohą idziecie ze mną do pałacu, zamiast dać mi list i zniknąć? - odpowiedziała pytaniem, a ja oparłem się o zimną ścianę, przylegając do niej plecami.
- Ponieważ chcemy uwolnić się od klątwy, a Konoha nie zrobiła prawie nic, aby nam pomóc, za to ty możesz to zrobić.
- Bo gdy tylko zobaczy dowódcę Armii, rzuci się na niego z łapami. Jest winny śmierci jej bliźniaczki.
Mirva wróciła w korytarz, nie zamykając jednak drzwi. Mocniej zacisnąłem pięści, gdy ból zaczął zabijać mnie od środka. Nie widziałem już kompletnie nic, nawet tlącego się w oddali światła. Otoczyła mnie wszechogarniająca ciemność, której nie byłem zdolny się przeciwstawić.
Złapałem się za głowę, chcąc jakkolwiek zatamować pulsujący ból, który właśnie przechodził w serie kłuć skierowanych na moje oczy. Czułem, jakby ktoś wbijał mi szpile w oczy, nie wyjmując ich, a dokładając jedynie nowe. Hyrion. Odchyliłem głowę do tyłu, zaciskając usta z całej siły, aby nie krzyknąć. Jednak wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Zagryzłem własną dłoń, czując po chwili metaliczny posmak krwi. Teraz mój kat począł wyjmować zaczepnie zakończone igły, które raniły mnie tak bardzo, że czułem jak każda po kolei rozdziera moje ciało, częstując powolnymi torturami tak wyszukanymi, że w agonii wiłem się po podłodze. Hyrion. Wyprężyłem ciało, gdy dawka bólu, która właśnie doszła do moich kończyn przeszła moje najszczersze oczekiwania. Kiedy myślałem, że w końcu krzyk wydostanie się z mojej krtani, ktoś uśmierzył moje cierpienie. Otworzyłem oczy, lecz nadal nic nie widziałem.
- To ja Sakura, nie ruszaj się - usłyszałem, kiedy starałem się nabrać powietrza. Czułem jej dłonie dające mi ukojenie na swoim czole i miałem wielką ochotę, aby je zrzucić. Przeszkadzały mi. Jednak tak bardzo jak ich nie chciałem, tak bardzo ich potrzebowałem. Minęło kilkanaście sekund, a ból zmalał do tego stopnia, że mogłem samodzielnie usiąść, uwalniając się od jej dotyku. Oparłem się plecami o ścianę, nadal dysząc. Czułem pot spływający po mojej skórze oraz przyspieszone tętno.
Sakura wstała, lecz zanim to zrobiła położyła coś na podłodze obok mnie. Zamrugałem kilkukrotnie powiekami, spoglądając w stronę światła. Dziewczyny nie było już w pomieszczeniu, lecz czyjaś sylwetka stała w przejściu, blokując dostęp do korytarza. Przetarłem oczy i z bólem uruchomiłem sharingana, aby ujrzeć tam mojego brata.
Hyrion.

Sasuke
To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłem na twarzy Itachiego widoku cierpienia. Było to coś… niebywałego. Ból tak nim zawładnął, że przestał zwracać uwagę na własne emocje, które wypłynęły na wierzch nie jak fala, ale jak ogromne, niszczące wszystko wokół tsunami.
- Napatrzyłeś się już? - Patrzyłem na jego cierpiętnicze oblicze bez ustanku. To było dla mnie coś tak niezwykłego, że byłem wręcz pewien, że do końca życia nie ujrzę tego ponownie.
Nie odpowiedziałem mu. Nadal stałem w tym samym miejscu, spoglądając teraz, jak na oślep bierze do ręki butelkę, odkręca korek, a po chwili unosi ją do ust. Pił szybko, stwarzając jednak wrażenie, jakby równie dobrze mogłoby tu tej butelki nie być. Oto miałem przed sobą absolutnego mistrza ukrywania emocji, któremu jednak… zdarzył się wypadek, którego na pewno on sam nie mógł sobie teraz wybaczyć.
Nadal stałem w tym samym miejscu, patrząc, jak Itachi pochłaniał teraz z kolei trzecią już kanapkę, którą przygotowała Sakura. Oboje zdążyliśmy jedynie na chwilę usiąść i coś zjeść, aby teraz znów ruszać dalej. Byłem zmęczony i naprawdę miałem w  dupie całą tą akcję z zamkiem. Niepodległość oraz problemy Koryntu miałem w głębokim poważaniu. Chciałem jak najszybciej to odbębnić i iść w góry, żeby dołączyć do Dyary. Ataki nachodziły mnie coraz częściej, a co najmniej kilka razy dziennie czułem obecność Sheyda. Wiedziałem, że stałem się słabszy. Objawiło się to chociaż wtedy, kiedy Itachi przytrzymał mnie nad tą przepaścią. Przecież normalnie nigdy nie dopuściłbym do takiej sytuacji.
Cała perspektywa wydaje mi się urojoną bujdą, lecz neguję to za każdym razem, kiedy czuję przejmujący ból w głowie, który nie pozwala mi nic zrobić, trzymając w swoich szponach jak łatwą ofiarę. A to zawsze ja byłem drapieżnikiem.
Itachi zgniótł papierki i oparł się ręką o ścianę, aby wstać. Czujnie śledziłem wzrokiem, jak przeciera przedramieniem czoło i kaszle, chcąc się pozbyć drapania w gardle, które i mnie męczyło. Itachi stanął o własnych siłach, poprawiając katanę, którą miał na plecach. Podszedłem i wyjąłem z plecaka czystą koszulkę. Popatrzył na mnie sceptycznie, lecz odebrał ją. Położył miecz na biurku i zdjął przepocony T-shirt, który przed chwilą miał na sobie, aby założyć czysty. Bez słowa umiejscowił znów katanę na swoich plecach, a w tym momencie w korytarzu pojawiła się Mirva.
- Łapcie. Dla każdego po jednym. - Podeszła do nas, wciskając każdemu po jednym płaszczu. W przejściu zaraz pojawiła się Sakura, która również dostała prezent spodziewajkę. - Plan wygląda mniej więcej tak, że do momentu, kiedy nie stawimy się pod pałacem, mamy być niezauważeni. Bądźcie przygotowani na to, że przywita nas straż i najprawdopodobniej zostaniemy skuci i nie do końca wiem, co będzie potem… - Podrapała się za głową, a ja miałem ochotę roześmiać jej się prosto w twarz.
- Sądzisz, że pójdę prosto w paszczę lwa, aby zakuli mnie za niewinność? - prychnąłem, a ona popatrzyła na mnie spokojnie.
- W sumie to czekałam, kiedy się odezwiesz - skwitowała, zakładając ręce na biodra.
- Ja nigdzie nie idę - powiedziałem, a Sakura stojąca za mną również się nie odezwała.
- Idziesz. - Itachi właśnie nałożył na siebie płaszcz i jak gdyby nigdy nic patrzył się na mnie beznamiętnym wzrokiem.
- Nie dam się zamknąć jak pies i to jeszcze z własnej woli.
- Masz obowiązek wobec Konohy.
- Jeszcze nie dawno chciałem ją zniszczyć i jestem tu wyłącznie z osobistych pobudek.
W pomieszczeniu zapadło milczenie. Mirva grała spokojną, a Itachi wyprutego z emocji, wlepiając we mnie swój beznamiętny wzrok. Czułem się trochę jak pod ostrzałem, przed którym wybawiła mnie głował Sakury umiejscowiona na moim ramieniu.
- Zróbmy to. Każdy zasługuje na to,  żeby uporządkować swoją przeszłość. - Ona coś wiedziała. Coś, o czym nie wiedziałem ja, co teraz wyraźnie rzuciło się w oczy. Tylko co to do cholery jest?
Usłyszałem, jak cegła spada na podłogę,  a drzwi otwierają się z hukiem.
- Wynoście się stąd, natychmiast - wydyszała Sheeiren, opierając się o kolana. - Nasłał na mnie Shinare, niedługo tu będą. - Aaron! - wrzasnęła, wypluwając płuca. Mężczyzna zjawił się po chwili w pomieszczeniu, gotowy na jej rozkazy. - Plan Z, natychmiast. - On otworzył szerzej oczy, lecz nie odezwał się już w ogóle. - Powiadom Sama i Paula, to już czas. W mieście rozpoczęła się rzeź.
- Nasze wyjście teraz nie ma najmniejszego sensu - powiedziałem sucho, narażając się na wściekłość dziewczyny.
- Musimy jakoś dać znać, że Hekka dołączyła do tego całego szajsu.
- I oddanie dwóch dowódców od tak nic nie zmienia? - W ogóle nie rozumiałem toku jej rozumowania. Nie miał on najmniejszego sensu.
- Mamy dobrych ludzi, a nasza dwójka to nie cała organizacja. - Wyprostowała się, poprawiając kucyka. - Thor wie co ma robić lepiej, niż my razem wzięte. O Hekkę się nie martw. To Nomada powinna przysparzać ci dodatkowych zmartwień. - Wzięła płaszcz i zarzuciła go sobie na plecy. - Shinare zaraz wejdą do korytarzy, musicie wiać.
- Znaki są cały czas te same? - spytała Mirva, poprawiając sztylet za swoim pasem.
- Tak, nazwy stacji też. Aaron, wyprowadzisz ich na Green Place i zrobisz to, co ci kazałam. Do was - znów spojrzała na nas - dołączę pod pałacem w pięć dwanaście. Mirva, pamiętasz, gdzie to jest?
- Wydaje mi się, że tak - potwierdziła Zielona, a ja zmarszczyłem brwi. Muszę rozmówić się z Sakurą. Ale… chwila.
- Rozumiesz, o czym rozmawiamy? - spytałem się jej cicho, a ona pokręciła przecząco głową.
- Nic, a nic. - Podświadomie posługiwałem się korynckim, z resztą tak jak Itachi i Dyara, więc nie zwróciłem na to uwagi. W takim razie skąd wiedziała, o czym rozmawialiśmy?
- W takim razie powodzenia. - Otworzyła drzwi i odwróciła się przez ramię. - Bywajcie. - Drzwi się zamknęły, cegła wylądowała na wcześniejszym miejscu. W pomieszczeniu panowała ciemność, którą rozpraszało jedynie światło z korytarza.
- Za mną - powiedział Aaron, a ja niechętnie podążyłem za nim razem z resztą. Weszliśmy do szafy, Mirva zamknęła za nami przejście, a my rzuciliśmy się biegiem za mężczyzną. Miał w dłoni namoczoną szmatę i gasił nią wszystkie mijane lampiony, przez co zostawialiśmy za sobą pustą ciemność.
Skręcaliśmy to w prawo, to w lewo. Nie zwalnialiśmy tempa nawet, gdy zaczęliśmy biec pod górę, co dało mi do myślenia, że zbliżaliśmy się do celu, ku wyjściu na powierzchnię.
- Co tak długo? - rzuciła Mirva.
- Wyprowadzę was jak najbliżej pałacu - odkrzyknął, po czym gwizdnął kilka razy w gwizdek, który miał na szyi, a którego ja wcześniej nie zauważyłem. Znaleźliśmy się w dużym, wysokim pomieszczeniu, a we mnie uderzył odór ścieków. Woda leniwie płynęła w jedną stronę, lecz oderwałem od niej spojrzenie, gdy zobaczyłem grupę ludzi po prawo, skąd dobiegł nas po chwili podobny sygnał. Dzięki sharinganowi widziałem wszystko, czego nie widzieli oni, więc doskonle zdawałem sobie sprawę z ich liczby. Zatrzymałem wzrok na jednak postaci, w której rozpoznałem Hayley.
Naprawdę nie żartowali, zamierzają walczyć.
Znów wbiegliśmy w korytarz. Biegliśmy nim może niecałą minutę, aby zatrzymać się przed starymi stalowymi drzwiami. Aaron wyjął z kieszeni pęk kluczy i otworzył je, a one poczęstowały nas dorodnym piskiem nienaoliwionych zawiasów. Ukazało się przed nami małe pomieszczenie z drabiną do góry.
- Wyjdziecie przy Palace Street, macie bliżej. Zamknijcie za sobą klapę i nakryjcie narzutą, która tam będzie. Ja lecę dalej. - Mirva jako pierwsza wspięła się do góry. - Bywajcie. - Usłyszałem jak zamek w drzwiach zostaje przekręcany, a my uwięzieni w tej klitce. Jeśli się okaże, że ten właz jest zamknięty…
Wszyscy zaczęliśmy się wspinać. Mirva pchnęła głaz, a do moich uszu doleciał męski głos.
- Jesteście zatrzymani w imieniu króla.

Soł, soł, soł…
Jak najszybciej chcę zakończyć to opowiadanie, przez co będzie teraz więcej akcji, a mniej przemyśleń i ckliwych scenek. Zdania w sprawie ItaShee są podzielone, więc mam nadzieję, że taki rozkład fabuły wam pasuje. Ich dzisiejsza rozmowa miała w sumie sens, gdyż Itachi zdobył potrzebne informacje. Zbliżamy się do końca, zostały jakieś 3 w porywach do 5 rozdziałów. Także żegnamy się powoli z Kyodai T^T
Pozdrawiam, polecam Shee! <3

(Jeszcze zmuszę frajera, żeby tak szybko nie kończyła – pozdrawiam, polecam, Rina ;] )

6 komentarzy:

  1. Muszę przyznać, że z całej notki najbardziej spodobał mi się dopisek Riny <33 No dobra, reszta też fajna xD

    Sheeiren Imai taka fajna. Mirva taka fajna. Sakura śpi. Itachi emosi. A Sasuke się potyka .___. Nadal nienawidzę Imrin...
    Wgl, co z Dyarą? Pewnie było coś wyjaśnione we wcześniejszym rozdziale, ale że tak powiem, skleroza xD Ale chciałabym przeczytać coś o niej lub o... tym, no, jej kochasiu. Skleroza...

    Nie wiem co napisać...

    POZDROWIENIA Z BIOLOGII!
    A teraz zgadnij co napiszę... Przepraszam za błędy, ale na telefonie jestem . B|

    OdpowiedzUsuń
  2. No fajnie fajnie. Akcja dostała kopa w kość ogonową jakby miała silniczek w dupie... Nawet pomyśleć nie chcę, jak będzie musiała zapierdalać żeby się zmieściła w kilku rozdziałach. O se mara... Mam tylko nadzieję, że nie ujmie im to na estetyce ;D

    Rozdział, jak rozdział. Nic chyba mnie zbyt specjalnie w nim nie urzekło. Ale nie przejmuj się- przynajmniej miałam co robić na nudnej historii ;] Tylko kurde fifi w naszej budzie jest wolne w chorobę i nie mogłam wcześniej CI komenta walnąć ;D

    Pozdrówka ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj!
    Szybko pojawił się nowy rozdział :)
    Ja też opublikowałem kolejny na swoim blogu, ale z tym to się nie umywa. Parę minut temu to zrobiłem.
    Od czego by tu zacząć?...
    "- Jeszcze nie dawno chciałem ją zniszczyć i jestem tu wyłącznie z osobistych pobudek. " - szczery aż do bólu.
    Powiedział coś takiego w obecności Itachiego, który tak wielbi Konohę...
    Aaron... imię automatycznie kojarzy mi się z imieniem syna Lucjusza i Hermiony z bloga Dramione, którego ostatnio czytałem.
    Niestety, mimo tego, że rozdział bardzo mi się podoba, szkoda, że niedługo Uchiha Kyoudai dobiega końca -
    przecież oni dopiero co pojawili się na Koryncie! 3-5 rozdziałów?! Błagam, zamień to na 30-50! Lub więcej.
    Jest jeszcze tyle ciekawych rzeczy, które mogłabyś napisać...

















    No dobra, coś jeszcze wyskrobię. Końcówka jest bardzo, bardzo fajna. To całe "Jesteście zatrzymani w imieniu króla"...
    Chcę zobaczyć króla, ale jednocześnie chciałbym, by ten, kto to powiedział, nie zdążył wypowiedzieć nic więcej i zakończył żywot. Naprawdę.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdzialik, jak uloooooco ^^
    Tylko szkoda, że już kończyć chcesz (i nawet nie myśl, że ci na to pozwolimy!!! ), cała nadzieja w Rinie ;3
    Takie, takie ItaShee i rozkminy Saska, oraz nieodparty urok osobisty Imai...
    Jak zwykle, najlepsze, kawałek o fioletowym szczurze i złotym kiblu XD
    Ciekawe, ciekawy, potem się okaże, że król to, o zgrozo, płód z nóżkami, latający z nożem do mięsa (-.-), zawsze spoko.
    Tera bedemy żebrać; nie kończ, plooooose, z całego mojego kociego, nya nya, serduszka *-*
    I w kopa dawno Dyary nie było, szkoda, stęskniłam się.... I tak bdw, już nawet nie wiem, z kim ona w końcu sypia (martwe płody).............
    Noom, noom....
    Czymta się, piszta i nie kończta B|
    Pozdro,
    Me

    OdpowiedzUsuń
  5. O jejku, już nowy rozdział. Ech, a ja myślałam, że nie doczekam się końca. A tu się tak zfrajerowałam.
    Nie, nie.
    Wszystko co ma początek musi mieć też koniec. To jest taka moja dewiza dotycząca opowiadań. Przecież sama Dyara nie będzie żyć wiecznie. A o jej starości spędzonej w bujanym fotelu pewnie nikt nie chciałby czytać. Chociaż...
    "Myśli, że przez to jest cwany. Ach, ta ułudność…" W tym momencie wyobraziłam sobie karykaturę Itasia kiwającego paluszkiem i o mało co nie upadłam. :D
    Tak dużo informacji. Jej! W końcu wszystko rozumiem, bo wcześniej tak trochę "yyy... ale łoso chodzi?" Dziś mi się czytało ładnie, gładko i płynnie. Zielona ściana nadal zielona, ale nie rozpraszała. (bo ciemno xD)
    Tu już kolejny rozdział, a ja nadal SS nie czytnęłam. T^T Tak sobie rano biorę prysznic i takie olśnienie: "Jej, przecież ja zaczęłam czytać i nie dokończyłam w końcu tej karuzeli. O nie! Życie takie bez sensu!"
    Teraz jest już późno i oczka mi nawalają (dzielę twoje uczucia, Itachi) więc postaram się przeczytać jutro, bo przecież jest wolne!
    Życzę miłej przerwy od szkółki i udanego wypoczynku, dużo weny itd.
    Pozdrawiam :)

    PS: Ja jestem za tym, żeby Kyodai skończył się narzeczeństwem, seksami lub inną romantyczną rzeczą między Shee a Itasiem. Jak chcesz, to możesz całkowicie zatracić się w tym paringu. Mnie to nie będzie przeszkadzać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rina mistrz! Jestem jak najbardziej za!
    Shee :D
    "Zdawałam(? a nie zdawałEm ? czy coś około tego;d) sobie sprawę, że jawnie zaatakowaliśmy urzędnika państwowego.."
    Cóż można powiedzieć o Sheeiren? Nie da sie powiedzieć, nic negatywnego;d nie da się jej nie lubić;d - "Ale jednak zdecydowałam się nie respektować wszystkich twoich wytycznych. " Ciągle sie zmienia, Itachi to ładnie ujął:
    " ...Jednak za każdym razem, gdy udało mi się ustalić jakieś dogodne dla niej miejsce, ta jak na złość je zmieniała." (Ależ on ją, uważnie obserwuje!;d)
    Ohoh, Itachi znów wspomina o Imrin, tak źle.. I trochę nie dobrze, że "zawsze" jest gotowy na atak, wiem, że ten typ tak ma i shinobi, to shinobi, ale to nie dobrze dla zdrowia. Oj, nie dobrze.
    "Ja… nie wiedziałem jak to skomentować." - biedaczek!;d
    Czemu Sasuke ciągle niesie Sakure? Bo ją kocha! (albo jak to mówi mój mały kuzyn: "bo ją bubi").
    Aaaaaaaaaaaaa! Mimo tego, że sytuacja mogła być przerażająca, to jednak jest taka piękna! Takie SasuSaku <3

    Pfffffffff! No coś takiego! A tak lubiłam Arthura, widać wygląd to nie wszystko. Hmpf. Czyli co teraz z jego statkiem?
    Hym. Teraz to dopiero jest zaintrygowana. Co się stało, że Sheeiren boi się ognia? (Nie wspominając o "deszczowych mocach" xd)
    No, nie wiadomo czy wrócę! Ah!;d
    Tajemnice i Sakura?
    Plan "Z"?
    Co? Już złapani? Wyjdą z tego, no;d Wiem, to .. boo, teraz będzie się dopiero działo;d
    Znowu tyle tajemnic! Bubie to;)
    Czekam na walkę, która z całą pewnością będzie mieć miejsce i na moment, kiedy będą już z Dyarą. I olać te 33%! Więcej ItaxShee <3

    I tak, chce więcej ckliwych scenek! I więcej akcji;d I nie chce końca!
    Życzę Ci tyle weny, na co najmniej 20 rozdziałów. A co;d
    Nami

    OdpowiedzUsuń