sobota, 2 listopada 2013

II Rozdział IV

Dyara
Pierwsze co zrobiłam po obudzeniu, nie było wcale radosnym przeciągnięciem się i tryskającą ze mnie radością, z powodu nadejścia nowego dnia i promyków słońca wpadających przez okno oraz wizją przepięknej łąki i latających wszędzie motyli. O nie. W tym wypadku, w mojej głowie łączka, słoneczko, ptaszki i motylki zdeptałby wielki, straszny i przerażający potwór, nazywający się teraźniejszość.
Wczoraj po powrocie do domu usnęłam, gdy tylko położyłam się na łóżku. To był moment. Zmęczenie i natłok rzeczywistości dały o sobie znać, przekładając to na mój dzisiejszy zły humor. Od samego rana wszystko mnie denerwowało, a ja nic nie mogłam na to poradzić, co tylko podsycało moją irytację i tak dalej i tak dalej. Niekończące się pasmo wprawiających mnie w złość wydarzeń nie miało końca od momentu, gdy otworzyłam dziś oczy. Hmpf.
Kiedy tylko dotarły do mnie fakty minionej nocy, natychmiast przestałam o nich myśleć. Nic pozytywnego by z tego nie wynikło, a ja nie miałam zamiaru nikomu dawać jakiejkolwiek satysfakcji, znajdującej swój powód w moim cierpieniu. Tak więc wyprana ze wszystkich zbędnych emocji, zrzuciłam nogi na podłogę, gdzie spotkały się one z małym puchowym dywanem i rozpoczęły dochodzenie w poszukiwaniu ciapci. Jak wielka była moja irytacja, gdy tylko jeden partner z ich duetu wykonał zadanie poprawnie? Jeszcze przez chwilę macałam stopą czerwony dywanik, aż w końcu poddałam się i z głośnym prychnięciem kucnęłam, aby ręką wyłowić go z czeluści potocznie zwanej “tam po łóżkiem”.
Mając już ciapcie na nogach, wyprostowałam się, a mój kręgosłup potwierdził to serią dźwięków *chrup* *chrup*. To mnie otrzeźwiło na tyle, aby zebrać swe zwłoki i dotoczyć się do łazienki, gdzie zasiedziałam się w wannie, aż woda z ciepłej zamieniła się w porządnie zimną. Przeklinając swoją głupotę spłukałam włosy z piany i wyszedłszy, poślizgnęłam się na białych kafelkach.
- Kuso - syknęłam, masując obolały tyłek, który przed momentem miał niemiłe spotkanie z podłogą.
Wytarłam się, po czym ubrałam w luźne dresy i podkoszulek. Omijając lustro szerokim łukiem wróciłam do sypialni i wyciągnęłam z szafy ogromny plecak, po czym machinalnie włożyłam do niego kupki ubrań poskładanych już wcześniej. Gdy upchnęłam wszystko siłą, skoczyłam ponownie do łazienki po kosmetyczkę, żel do mycia i szampon. Odnalazłam zaginione tydzień temu buty, które ukryły się pod kaloryferem i również je zapakowałam. W specjalnej wodoodpornej torebeczce znajdowało się jedno z nielicznych zdjęć naszej rodziny, które pozostało “przy życiu”. Było dla mnie cholernie ważne i choćby się waliło i paliło, ja musiałam mieć je przy sobie. Na półce nad biurkiem leżały trzy książki i aż korciły mnie i mówiły: weź nas, weź nas. Jako, że moja silna wolna daleka była od prawdziwej potęgi, również włożyłam je do środka.
Pochowałam do szafek wszystkie drobiazgi, których i tak było niewiele, po czym podeszłam do okna i westchnęłam. Cicha, niezamieszkana i nieuprzątnięta dzielnica świeciła pustkami. Jej południowa część ucierpiała znacznie podczas wojny z Madarą, lecz reszta pozostała w stanie względnego porządku. To było dziwne uczucie…
Nagle usłyszałam pukanie. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, więc nie odezwałam się słowem, lecz drzwi i tak się uchyliły. W progu pojawiła się Sakura.
- Tak trudno jest ci odpowiedzieć? - weszła do środka i oparła się o ścianę, patrząc na mnie z uwagą - nie chcesz rozmawiać? - Nie, nie chciałam rozmawiać. Nie chciałam nikogo widzieć, a tym bardziej wdawać się w konwersację - zamykanie się w sobie to nie jest sposób na walkę z problemami, Dyara - zbliżyła się i stanęła na przeciwko mnie, lecz ja nadal patrzyłam na podniszczoną dzielnicę mojego klanu - jesteś taka sama jak Sasuke - mruknęła, a ja spuściłam wzrok. Dlaczego nie może stąd wyjść i zostawić mnie samej, tylko przyszła tu i gada mi nad uchem rzeczy, które najmniej chciałam w chwili obecnej słyszeć? Miałam ochotę wejść pod kołdrę z tabliczką borówkowej czekolady pod ręką, ciepłą herbatą i dobrą książką. Nie chciałam ruszać do żadnego, pieprzonego Koryntu. Chciałam w samotności topić się we własnym smutku, lecz akurat ktoś musiał mi przeszkodzić - odpowiesz mi teraz, czy postoimy tak jeszcze z godzinę? - Sakura założyła ręce na piersi i patrzyła na mnie, jakby rzucając mi wyzwanie.
- Co ja mam ci niby powiedzieć, co? - wyszeptałam, patrząc jak pierwsze krople deszczu uderzały w okienną szybę, po czym spływały na sam dół, znikając z mojego pola widzenia.
- To, co tak skrzętnie chowasz - westchnęła.
- Jeżeli to chowam, nie uważasz, że mam co do tego jakiś powód? - warknęłam, odchodząc, aby usiąść na łóżku.
- No tak. Najlepiej reagować bezczelnością i chamstwem - odbiła piłeczkę, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek.
- Przestań - burknęłam.
- Nie mam zamiaru - fuknęła, unosząc lekko brodę - zawsze gdy masz problem, zanikasz prawdziwa ty, a pojawia się jakaś marna kopuła, która atakuje wszystkich, bez względu czy ktoś jest wrogiem czy przyjacielem - oparłam się o kolana i zapatrzyłam w podłogę.
- I co w związku z tym?
- Ty naprawdę nie rozumiesz, czy nie chcesz zrozumieć?! - krzyknęła, wyrzucając ręce do góry.
- Nie unoś się tak.
- Dyara, do jasnej cholery! Nie jesteś już dzieckiem, które może uciec sobie od rzeczywistości! Czas dorosnąć! Nie możesz nadal myśleć, że to co bolesne cię nie dotyczy. Wbij sobie to wreszcie do głowy!
- Do czego dążysz? - co chwila zaciskałam i rozluźniałam pięści, próbując panować nad łzami, które lada moment ujrzą światło dzienne.
- Do tego, abyś wreszcie zaczęła żyć, zwracając również uwagę na te gorsze aspekty życia. Żyjesz zapominając i jest ci z tym niezwykle wygodnie, prawda? - chodziła po moim pokoju w tę i we w tę, a ja chciałam, żeby tylko stąd zniknęła i zostawiła mnie samą - czym szybciej zaakceptujesz to, co się stało, tym szybciej się z tym uporasz - powiedziała w końcu się zatrzymując, a moje łzy przebiły tamę silnej woli i popłynęły strumieniami spod moich powiek. Opuściłam głowę, nie chcąc na nią patrzeć i zamknęłam oczy, czując słoną wodę na policzkach.
- Co mam zaakceptować, co? Co ja mam do kurwy nędzy zaakceptować?! - krzyknęłam, bijąc pięściami w swoje uda. Miałam ochotę coś rozwalić, zniszczyć, natychmiast - to, że osoba, której całkowicie zaufałam, zniszczyła to w moment? W moment?! - pstryknęłam palcami, aby jeszcze bardziej podkreślić to, co chciałam jej przekazać - pamiętasz, jak kiedyś ci obiecałam, że nauczę się z powrotem ufać ludziom? Naprawdę wzięłam to sobie do serca, bo przecież ci obiecałam! - zaplotłam dłonie na karku, kuląc się w sobie jeszcze bardziej - kiedyś był to Itachi, który wybił prawie całą moją rodzinę. Potem Kiba, który sprzedał mnie, skazał na tortury i posiadanie statusu zbiega, a następnie Raito, który zdradzał mnie z rudą lafiryndą przez co najmniej miesiąc, żyjąc ze mną w kłamstwie, okłamując mnie każdego dnia! - wrzasnęłam, ledwo co widząc przez łzy - tobie też już nie ufam! Prędzej czy później zawiedziesz, jak każdy! Słuchałam się ciebie! I co mi z tego wyszło?! Kolejny zawód, poganiający kolejny. Nie chcę ciebie, Sasuke, Raito, wszystkich was nie chcę! Nienawidzę was! - nagle oplotły mnie za szyję damskie ramiona, przyciskające mnie do swojej piersi. Coś we mnie pękło, lecz nadal próbowałam się bronić - zostaw mnie, zostaw - starałam się oponować, lecz w końcu odpuściłam i wtuliłam się w Sakurę, mocząc łzami jej czarny golf.
- Ćśśś - uspokajała mnie, gładząc po plecach, a mój szloch jedynie narastał. Stałyśmy tak kilka minut, dopóki nie ucichłam. Nadal nie chciałam rozmawiać. Jej też tu nie chciałam. Odsunęłam ją lekko od siebie, bojąc spojrzeć się w jej oczy - pozwolisz mu tu przyjść?
- Komu?
- Ratio.
- Nie - odpowiedziałam, natychmiast oddalając się.
- Więc masz - wyjęła z kieszeni spodni kartkę i wyciągnęła rękę w moim kierunku - prosił, żeby ci to przekazać, jeżeli się nie zgodzisz.
- Nie chcę mieć z nim nic wspólnego - ignorując mój sprzeciw, odeszła i położyła kartkę na biurku.
- Nie obieram jego strony, nic z tych rzeczy. Jednak zastanów się kilka razy, aż całkowicie go skreślisz. Pomyśl o tym, czy nie byłaś tak zajęta swoimi lękami i problemami, że zaczęłaś  ignorować to, co niszczyło jego - westchnęła - znam cię, więc wiem, że mogłaś robić to nieświadomie. Nie podejmuj zbyt pochopnych decyzji, bo tylko na tym stracisz - po tych słowach wyszła, zamykając za sobą głośno drzwi, a ja uderzyłam pięścią w szybę, która rozpadła się na tysiące małych kawałków, kalecząc moją rękę.
Chłodny wiatr natychmiast wdarł się do pokoju i poderwał kartkę do lotu. Nim się obejrzałam ta wyfrunęła na dwór, a ja z ogólnej bezsilności, oparłam ręce o parapet, a czoło o drugą szybę, która pozostała w całości. Łzy nadal obficie płynęły po moich policzkach, a ja podniosłam wzrok, aby popatrzeć w niebo i może, jakimś nierealnym cudem znaleźć tam gwiazdy - czuwającą nade mną rodzinę, która jedynie czeka na mnie na tamtym świecie - nigdzie ich nie było. Wszędzie widziałam jedynie ciemne, burzowe chmury i ciężką mgłę okalającą ze wszystkich stron dzielnicę Uchiha. Dotknęłam dłońmi zimnej szyby, a moim ciałem targnęły dreszcze. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam to zrobiłam to najszerzej, jak się dało. Od drugiej strony do mokrego szkła przylgnęła zaginiona karta, która cały czas nabierała wody, a atrament powoli zaczynał się rozmazywać. Odwróciłam głowę, zaciskając powieki. Nie przeczytam, nie przeczytam… Wbrew swojej woli, zwróciłam wzrok ku szybie.
Gdzie jesteś Ty, gdzie ja? Pomóż mi odnaleźć sens.
Kiedyś tylko My, był jeden tylko cel.
Mogliśmy bez końca biec, zatracając się.
Spójrz, jak  zmienił się nasz cały świat.
Z dnia na dzień, ot tak, znika po nas ślad.
Gdzie jesteś Ty, gdzie My? Gdzie nie przerwana więź?
Czy odnajdę świat, czy świat odnajdzie mnie?
Będę czekać, wiem.
Może czas zawróci bieg.
Dlatego proszę Cię.
Nie zapomnij nas, nie przestawaj trwać,
nie zapomnij słów by odnaleźć mnie znów.
Zapamiętaj mnie, nie przestawaj biec,
by nie zastał nas zapomnienia czas.

Nie zapomnij nas.
R.

Wyciągnęłam rękę na dwór i delikatnie wzięłam kartkę, zabierając ją do środka. Wątła, słaba i delikatna, mogąca zniszczyć się przy najmniejszym dotyku kartka, znajdowała się teraz w moich rękach. Osunęłam się na podłogę, nadal trzymając list na wysokości swoich oczu. Pieprzony poeta. Zawsze wiedział, jak mnie podejść. Właśnie dlatego, zawsze mu wierzyłam i ufałam we wszystko, co mówił. Jak dobrze, że nie pozwoliłam mu tu przyjść... Gdyby powiedział mi to prosto w twarz, rzuciłabym mu się w ramiona, chcąc by utulił mnie tak jak kiedyś, gdy znikały wszystkie troski i problemy, gdy byłam z nim bezpieczna. Stłumiłabym w sobie te protesty, które budowałam w sobie cały ranek, aby tylko schować się przed wszystkimi i wszystkim, bezpieczna.
Podniosłam się i wyciągnęłam z plecaka czarną bluzę, którą na wszelki wypadek zostawiłam na wierzchu. Kartkę położyłam na łóżku, na razie nie chcąc jej wyrzucać. Zrobię to, ale jeszcze nie teraz. Westchnęłam i wyjęłam z bocznej kieszeni paczkę chusteczek aha, po czym wytarłam sobie oczy i nos. Mogłam się założyć, że byłam czerwona jak burak, ale musiałam zacząć coś robić, coś monotonnego, nie wymagającego wielkiego skupienia. Zdecydowałam, że pójdę przygotować prowiant na drogę, bo nie była to zbyt skomplikowana czynność. Podeszłam do drzwi, rzucając ukradkowe spojrzenie na wybite okno. Hmpf, trudno. Nacisnęłam klamkę i na oślep, nadal zwrócona w stronę okna ruszyłam do przodu, napotykając tam jednak opór w postaci męskiej klatki piersiowej.
Raito popchnął mnie lekko do środka pokoju, a ja zamarłam. Dlatego proszę Cię, nie zapomnij nas - słowa wiersza kołatały mi się po głowie, wprawiając w zdezorientowanie. Nie zaprotestowałam, gdy złapał moją twarz w dłonie i przysunął do siebie. Nie zaprotestowałam, gdy jego usta lekko musnęły moje. Nie zaprotestowałam, gdy przyciągnął mnie bliżej. Wręcz przeciwnie, po chwili całowałam go równie żarliwie jak on mnie, a z moich oczu ponownie popłynęły łzy.
- Tylko nie płacz, proszę - szepnął mi do ucha, gdy ja zaciskałam pięści na jego koszuli bezgłośnie płacząc.
- Jak śmiesz mi to mówisz? - spytałam, podnosząc wzrok. On zamiast odpowiedzieć, ponownie mnie pocałował. To wystarczyło, aby moje serce zaczęło szybciej bić, a temperatura ciała podskoczyła. Chciałam, żeby mnie przytulił, żeby mnie dotknął tak, jak tylko on potrafił. Podświadomie tego pragnęłam, ale musiałam zacząć z tym walczyć. Nie mogłam mu wybaczyć, nie mogłam - przestań - jęknęłam między pocałunkami, ledwo łapiąc oddech. On na to obrócił mnie tyłem do ściany i przyparł do niej. Zablokował mi drogę ucieczki swoimi rękami, które niczym kraty oparł o ścianę po bokach mojej głowy i znów, powoli i delikatnie pocałował, a ja z całych sił walczyłam sama ze sobą, żeby tylko mu się nie poddać - przestań - ponownie jęknęłam, a on oparł głowę o moje  czoło, dysząc równie głośno jak ja.
- Musisz mi wybaczyć - szepnął, trącając nosem mój policzek - przecież mnie kochasz.
- To nie ma znaczenia - mruknęłam, gdy jego dłoń znalazła się na moich plecach.
- Musi mieć - westchnął, całując moje łzy, których nadal tylko przybywało.
- A ty mnie kochasz?
- Tak - odpowiedział pospieszne, a ja zaśmiałam się cicho.
- A czy nadal kochałeś, mając przed sobą tę rudą dziwkę? - tym razem to ja złączyłam nasze usta, pociągnąwszy go za włosy, aby zobaczył, że ja też potrafię sprawiać ból. Raito szybko się zdystansował, lecz ja włożyłam dłoń pod jego podkoszulek, a gdy przejechałam nią po bliźnie, jego zamglony wzrok utknął w moich oczach.
- Dyara, przepraszam... - powiedział tonem, któremu niedaleko było do płaczu
- To nie ma znaczenia - powtórzyłam - straciłeś coś, czego już nie odzyskasz, coś czego nie zdobędzie już nikt - po tych słowach złapał moje nadgarstki i brutalnie zakleszczył je w uścisku nad moją głową. Westchnęłam, gdy znów zaczął mnie całować. Kąciki ust, nos, oczy, szyja. Wiłam się pod jego dotykiem, gdyż moje ciało chciało więcej i więcej i więcej, lecz umysł podjął już decyzję.
- Nie - szepnęłam, a on uniósł głowę do góry. Jednym, wyćwiczonym na samoobronie ruchem, wyswobodziłam się i pobiegłam przed siebie. Zbiegłam po schodach, minąwszy zdezorientowaną Sakurę, po czym skierowałam się do wyjścia. Rękawem przecierając oczy znalazłam się przy drzwiach wejściowych, po czym przekręciłam w nich zamek. Otworzyłam je, a przed moimi oczami pojawił się mężczyzna z uniesiona ręką, którą właśnie miał zamiar zapukać. Ponownie dziś nie mogłam się odezwać.
Przede mną stało dwóch zamaskowanych shinobi i Kiba.
W tle deszcz bębnił o chodnik, a zegar wybijał południe.
***
Sasuke
Jak ja nienawidzę się pakować. To bardziej upierdliwe niż gotowanie.
- Eh. Jacy wy Uchiha jesteście problematyczni - mruknęła Sakura, wróciwszy do pokoju.
-Wskórałaś cokolwiek? - spytałem, rozglądając się ponownie po pokoju, aby się upewnić, że wszystko spakowałem.
- A jak myślisz? - rzuciła, marszcząc brwi. Dochodząc do wniosku, że nic potrzebnego w pokoju nie zostało, zamknąłem klapę plecaka.
- Czasem potrafisz być zła bez powodu, więc się pytam - prychnęła jak urażona kotka, namiętnie maltretując bransoletkę, umieszczoną na jej lewej ręce - powiedziała chociaż coś konkretnego?
- Tak. Nikomu nie ufa i nienawidzi nas wszystkich - uniosła kciuk do góry w kpiącym geście, a ja odniosłem wrażenie, że zgorszyłem tę dziewczynę. Gdy spotkaliśmy się po latach nie miała w sobie tyle cynizmu, sarkazmu i kpiny. Choć z drugiej strony, zależy jak patrzy się na znaczenie słowa: zgorszyć. Stała się bardziej pewna siebie i drapieżna, jak Uchiha. Lubię to.
- Hmpf - podszedłem do szuflady przy biurku, wyciągając stamtąd jedyną rzecz, do której miałem sentyment. Spinkę do włosów należącą do mojej mamy - podejdź tu na chwilę - kiwnąłem palcem w jej kierunku. Ze smutnym i przygnębionym wzrokiem zbliżyła się do mnie, przez mi też udzielił się jej nastrój.
- Co? - mruknęła, przyjmując do granic zrezygnowaną postawę. Zwróciła na mnie swoje oczy dopiero, gdy uniosłem rękę do jej włosów, zdejmując z nich gumkę. Podniosła jedną brew do góry, a ja spojrzeniem dałem jej znać, że to jeszcze nie koniec.
- Odwróć się - zrobiła o co poprosiłem, a ja wyjąłem spinkę mamy zza pleców i spiąłem wysoko jej różowe włosy, które przed chwilą spływały kaskadą na plecy.
- Co to? - dotknęła delikatnie nowej ozdoby, a ja podziwiałem, jak pięknie właśnie wyglądała.
- To spinka należąca kiedyś do mojej mamy. To jedyna wartościowa rzecz, która mi po niej pozostała - powiedziałem cicho, na co jej wzrok nagle złagodniał, a ona sama dotknęła dłonią mojego policzka.
- Dziękuję - szepnęła prosto w moje usta, a ja objąłem ją w talii.
- Teraz już to co ważne, zawsze będę miał przy sobie. Bezpieczne - ostatnie słowo wypowiedziałem pewnie, zatracając się w zieleni jej tęczówek i w tym uczuciu którym emanowała, potocznie nazywanym miłością.
Ten całkiem miły moment, który mógł prowadzić do czegoś więcej, przerwały nam jakieś dziwne odgłosy. Sakura mimo niechęci wyszła na korytarz sprawdzić skąd dochodziły, a po chwili wyminęła ją rozpłakana Dyara. Skonfundowany również pojawiłem się na korytarzu, lecz zastałem tam jedynie puste pomieszczenie. Sakura pobiegła za Dyarą, a ja skierowałem się w przeciwnym kierunku, znajdując się po chwili w pokoju siostry.
Przy rozbitym oknie stał Raito, opierając obie dłonie na parapecie. Deszcz wpadający do pokoju moczył mu twarz, a wiatr targał ubraniem, lecz chłopak nie wyglądał, jakby mu to w czymkolwiek przeszkadzało. Oparłem się z założonymi rękoma o futrynę i czekałem, aż zwróci na mnie swoją uwagę.
- Przyszedłeś wygłosić mi kazanie, jak na dobrego starszego brata przystało? - powiedział cicho, lecz jego głos przebił się przez dźwięki burzy. Czy ja jestem dobry, starszym bratem? Kiedykolwiek nim byłem?
- Chcesz posłuchać kazania to idź do świątyni. A jeśli tak bardzo, bardzo chcesz ich słuchać, to polecam zaopatrzyć się w habit. Mówię przyszłościowo.
- Nawet nie musząc was widzieć, wiedziałbym, że jesteście rodzeństwem. Po kimś w końcu odziedziczyła charakter - odpowiedział cicho po chwili, zapatrując się w naginające się pod wpływem wiatru korony drzew, których w naszej dzielnicy było dość sporo. Staliśmy w ciszy, która bynajmniej mi nie przeszkadzała ani trochę. Nie słyszałem żadnych odgłosów dochodzących z dołu, więc spokojnie mogłem tu stać i patrzeć, jak Yamura zaciska pięści, a jego ciało zaczyna drżeć.
- Nie jestem święty. Całkiem daleko mi do tego statusu - mruknąłem, widząc, jak w Raito potęgował się gniew - ale nigdy, przenigdy, nie potrafiłbym zrobić Sakurze tego, co ty zrobiłeś Dyarze - ostatnie słowa wręcz wyplułem, nie chcąc ich już nigdy powtarzać. Taka prawda. Teraz nie byłbym do tego zdolny. Za dużo ludzkiego cierpienia się już w życiu naoglądałem, żeby bez powodu sprawiać kolejne, a w dodatku bliskim mi osobom.
- Ja, ja nie wiem, co mną kierowało - odparł, po dłuższej przerwie.
- A kim ty jesteś, żeby kierowały tobą żądze najniższego rzędu, a ty sam podejmował decyzje się usprawiedliwiając się marnym instynktem?
- To nie tak…
- A jak? - prychnąłem - przyznam, sam robiłem rzeczy, o których ci się nie śniło w najgorszych koszmarach a i korzystałem kiedyś z podobnych usług - spojrzał na mnie niepewnie przez ramię - ale do czasu - wypuścił z siebie powietrze, a burza wzmogła się, przecinając niebo kilkoma piorunami. Co za paradoks. Żeby w południe zachodziły takie anomalie pogodowe - czy ty nie masz dla niej za grosz szacunku?
- Oczywiście, że mam! Zawsze miałem! - ponownie zapanowała nad nim wściekłość, a w jego oczach pojawiło się szaleństwo - szanowałem ją od momentu, gdy ją poznałem. Od momentu, gdy opowiedziała mi o tym co stało się z waszym klanem i zdradziła kilka tajemnic, których zapewne nikt wcześniej nie usłyszał! - zagryzł mocno zęby i miałem wrażenie, że wcale nie tłumaczył się przede mną, a jedynie przed samym sobą.
- To chyba nie wiesz, czym jest szacunek - warknąłem, łapiąc go za koszulkę - szacunek do kobiety jest czymś, co ceni ona najbardziej. Nic jej po twojej miłości i kłamliwych słówkach, jeśli nie potrafisz jej godnie uszanować. Na co jej twoje zapewnienia, wspólne mieszkanie i opowiastki o pięknej, kolorowej przyszłości? - potrząsnąłem nim mocno, żeby dokładnie zapamiętał moje słowa - to ty z całej waszej trójki byłeś dziwką - uderzyłem go prosto w splot tak mocno, że przez chwilę nie mógł złapać powietrza i zaczął kaszleć - to ty oddałeś się jakiejś podrzędnej rudej kurwie, zdradzając przez dłuższy czas moją siostrę. Jak każdego ranka mogłeś patrzeć jej w oczy i wmawiać kłamstwa, że niby ją kochasz, co?! - rozpędziłem się. Ale po prostu postawiłem się teraz w jej sytuacji i dotarło do mnie, jak bardzo sponiewieraną i zmieszaną z błotem kobietą czuła się Dyara - do miłości trzeba dorosnąć, szczeniaku. To wszystko nie polega jedynie na ciekawych, nocnych zabawach - warknąłem, ponownie nim potrząsając - albo jakimś cudem naprawisz to, co zrobiłeś, albo znikaj z jej życia. Teraz, natychmiast - puściłem go, a on wziął głośny oddech - nie obchodzi mnie, jakie rozkazy wydał ci Itachi, rozumiesz? Albo wóz, albo przewóz - rzuciłem i splunąłem pod jego nogi, aby chociaż w pewnym stopniu poczuł, jak to jest.
Nabuzowany negatywną energią niczym szalejąca na dworze burza,  wpadłem do pokoju, zabierając plecaki. Zszedłem na dół. Panowała zatrważająca wręcz cisza. Zostawiłem wszystko przy drzwiach, gdzie siedział ogromny, biały pies, po czym cofnąłem się do salonu, połączonego z kuchnią. Przy oknie stało dwóch ANBU w każdej chwili gotowych do ataku, a na kanapie siedział Kiba. Jeszcze jego tu brakowało… Odwróciłem głowę w lewo i zobaczyłem Dyarę, szykująca kanapki i Sakurę, która patrzyła się w martwy punkt na ścianie. W końcu ktoś zwrócił na mnie uwagę i był to nikt inny jak Izunuka, który wstał i podszedł do mnie.
- List od Naruto - powiedział niskim tonem i wręczył mi do rąk białą kopertę opatrzoną pieczęcią Hokage. Popatrzyłem na niego sceptycznie, lecz on niewzruszenie stał obok. Jednym sprawnym ruchem wyjąłem ze środka czarny krążek z wygrawerowanymi znakami i  pismo na specjalnym papierze. Rozwinąłem kartkę do pełnego rozmiaru i dopiero wtedy mogłem przeczytać jej zawartość.
Witajcie.
Oto i wspomniana przeze mnie wcześniej eskorta. Rada nie zgodziła się, abyście wyruszyli sami, mimo pozorów ogólnej nienawiści. Wybaczcie, ale przez ostatni tydzień do wody dostarczanej do waszego domu dosypano pewien specyfik. Kiba posiada specjalne urządzenie, które go uaktywni, jeżeli wykażecie jakieś zachowania, które mogą sprowadzić kłopoty na Konohę (to nie był mój pomysł).
Pożegnaliśmy się wczoraj i szczerze powiem, że nie chciałbym tego powtarzać. Poprosiłem również naszych znajomych, aby tego nie robili. Myślę, że Sakurze byłoby wtedy jeszcze trudniej, a wiem, że z większością zdążyła się już pożegnać.
Jako Hokage, życzę wam spokojnej drogi i udanej wyprawy do Koryntu.
Jako przyjaciel proszę, abyście nigdy nie zgubili wytyczonej przez siebie Drogi Ninja. Gdy to zrobicie, wasze życie straci sens.
Namikaze Uzumaki Naruto - Hokage Wioski Ukrytej w Liściach

Od razu po przeczytaniu podarłem kartkę na drobne kawałeczki. A to skurwysyn. Truł nas jakimś gównem przez cały tydzień. Nie wybaczę ci tego, Naruto...
- Musimy się już zbierać - powiedział jeden z ANBU, a ja rozjuszony popatrzyłem na niego jak na idiotę, w duchu gratulując mu jednak odwagi.
- To ja powiem, kiedy wyruszamy. Nie wy - syknąłem, rzucając resztki kartki na podłogę, a krążek schowałem do kieszeni.
Minąłem Kibę i w ciszy przeszedłem do kuchni. Sakura z Dyarą pakowały prowiant do następnego plecaka, a gdy skończyły, wziąłem go i zaniosłem do drzwi, ponownie mijając psa, należącego do Izunuki. Dyara nie wyglądała jak kupka nieszczęścia, potrzebująca natychmiastowej reanimacji, ani jak zasmucona dziewczyna, której serce właśnie pękło na pół. Wyglądała nijak, jak skorupa człowieka, na której twarzy nie było widać żadnej emocji. Tak właśnie kiedyś wyglądałem?
Podszedłem do szafki nad kuchenką i wyłączyłem prąd oraz wodę. Wziąłem kartkę i długopis, po czym zostawiłem na stoliku informację dla kociej babci, żeby wymieniła okno w pokoju Dyary z dopiskiem, że jak wrócimy uregulujemy wszystkie długi.
- Jeżeli w ogóle wrócimy - mruknęła Dyara, patrząc mi przez ramię.
- Zbieramy się - powiedziałem głośniej, aby nasza “eskorta” mnie usłyszała. Trójka mężczyzn wyminęła nas i po chwili usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi i skrzyp schodów, oznaczający, że Raito wybrał właśnie ten moment, aby zejść. Dyara z pozoru spokojna wyszła na korytarz i nawet nie spoglądając w tę stronę ruszyła do holu.
- Będzie ciekawie - szepnęła Sakura, idąc za moją, w sumie naszą siostrą.
- Nie wątpię - przeszliśmy do przedsionku, gdzie Dyara klęczała na podłodze mamrocząc coś pod nosem. Dopiero po chwili zobaczyłem pod jej stopami zwój,  z którego nagle wystrzeliło oślepiające światło. Gdy zniknęło, spostrzegłem, że nasze plecaki gdzieś zniknęły.
- Łap - rzuciła na oślep do tyłu zwój, który zręcznie złapałem. Obróciłem go w dłoni, sprawdzając jego ciężar. Zadziwiająco lekki przedmiot…
- Hę? - spytała Sakura, poprawiając ochraniacze.
- Pieczęć Itachiego. Chcesz, to cię jej nauczy - otworzyła drzwi i wyszła na werandę,  a Raito zaraz po niej z plecakiem na plecach wyminął nas bezgłośnie. Sakura położyła dłoń na mojej klatce piersiowej, mówiąc cicho:
- Odpuść.
- Hmpf - sapnąłem, po raz ostatni spoglądając na swój dom, z którego ponownie byłem zmuszony odejść.
***
Dyara
Gdy zobaczyłam w drzwiach Kibę, zaczęłam się głośno śmiać. Naprawdę zaniosłam się histerycznym śmiechem, patrząc na niego przez łzy. Jakie życie jest zabawne. Kiedy myślisz, że gorzej już być nie może, ono udowadnia jak bardzo się mylisz, sprawiając ci jedynie coraz to nowe kłopoty.
Szliśmy pustą ulicą, która w południe powinna być praktycznie nieprzejezdna. Zawiniła tu burza, która chyba właśnie powoli ustępowała słońcu, gdyż niebo przerzedzało się. Przede mną szło dwóch ANBU, a obok Sakura, która co jakiś czas rzucała mi ukradkowe spojrzenia, kontrolujące, czy na pewno nie mam zamiaru za chwilę wbić sobie kunai’a prosto w serce i odstawić szopki z serii “życie jest bez sensu chodźmy się pociąć”.  Ona też jest zabawna. Ona i wszyscy nasi “znajomi”. Nikt nie przyszedł się z nami pożegnać. Jedynie w swoim towarzystwie dotarliśmy pod bramę Konohy, co mnie trochę ubodło. Jak przez mgłę patrzyłam, jak Sasuke rozmawia ze strażnikami, dając im jakiś krążek, że niby jest to dowód na zgodę Naruto. Gdy ci rozmawiali dołączyła do nas Mirva, która powiedziała, że dołączy do nas jutro. Nie chciałam zagłębiać się w przyczyny tej decyzji. Moje samopoczucie definitywnie nie chciało się nad tym zastanawiać.
Miałam trochę do siebie żal, że nie poszłam ostatni raz na grób rodziców. Z drugiej strony jednak dobrze, że tego nie zrobiłam. Trudniej byłoby mi stąd odejść. Odwróciłam się przodem w stronę wioski akurat wtedy, gdy słońce przebiło się przez chmury i oświetliło część jej terenu, którą okazała się nasza dzielnica.
- Trzymajcie się! Jesteśmy z wami! - krzyknęli za nami strażnicy, radośnie machając nam na pożegnanie. Z całej naszej ekipy jedynie Sakura miała krztę kultury, aby się odwrócić i odpowiedzieć tym samym gestem.
Tak oto w Konoha znów nie gości żaden Uchiha.
***
Itachi
Brud, smród i ubóstwo – przeleciało mi przez myśl, gdy patrzyłem na lepiące się do mnie i moich kompanów dziwki niskiej kategorii.
- Itachi, Kisame! Chodźcie się zabawić! – krzyknął Hidan, którego po schodach na górę ciągnęła już krągła brunetka, ubrana jedynie w dość skromną ilość prześwitującej, białej firanki. Hoshigaki zbył go machnięciem ręki, a ja mlasnąłem cicho ustami zniesmaczony.
Siedzieliśmy tu od pół godziny, czekając na człowieka, który może załatwić nam transport do Koryntu. Pain nie zainteresował się tym zbytnio, stawiając na nasz profesjonalizm, a ja nie wyraziłem zbędnego sprzeciwu, bo i tak zostałby on zignorowany. Ta gospoda była siedliskiem ludzi przeróżnej maści, których niekoniecznie chciałbym poznać bliżej. W całej knajpie było aż szaro od papierosowego dymu, a w powietrzu zatrważającą ilość stanowiły opary napojów wysokoprocentowych. Drewniane ściany budynku dawno nie widziały środków czyszczących, tak samo jak lada na której plamy mógłbym spokojnie ocenić na dwutygodniowe.
Czego innego mogłem się jednak spodziewać? Nie oszukujmy się. Szukam grupki szaleńców, którzy wypłyną z nami w nieznane. W całej historii odnotowano jedynie trzy udane wyprawy na Korynt. Jedna odbyła się czterdzieści lat temu, druga piętnaście, a trzecia pół roku temu na którą wybrał się Kakuzu i Sasori. Przez połączenie myślowe wiemy, że dotarli w umówione miejsce, lecz statek, który ich tam przywiózł nie wrócił już do swego portu.
Westchnąłem, wygodniej rozpierając się na kanapie. W mojej głowie czaiła się Imrin, która wczoraj wieczorem objaśniła mi, że odchodzi. Tak po prostu, powiedziała, że na razie musi zniknąć z mojego życia. Jak to określiła „sprawy rodzinne”. Gdy tylko wyruszyła, wysłałem za nią kruki. Doprowadziło mnie to jedynie do tego, iż jednoznacznie wiedziałem, że ruszyła w kierunku kompletnie przeciwnym niż jej domniemana ojczyzna. Zacząłem się coraz bardziej nad tym zastanawiać i kwestionować jej udział w moim życiu. Deprymowało mnie to na tyle, aby podważać jej wierność i prawdomówność. Przez lata spędzone poza Konohą, świetnie nauczyłem się rozpoznawać symptomy kłamstwa. Kierując się jednak intuicją nie potraktowałem jej jak następnej kobiety na chwilę. Nadal nie do końca wiem, co skłoniło mnie do tej decyzji i chyba nie chcę wiedzieć. Jak widać było, minęło.
Omiotłem sharingan’em całe pomieszczenie. Znajdowaliśmy się na terenach Kiri. Niby była to cywilna wioska, a od najbliższych shinobi dzieliły nas kilometry, ale coś kazało mi jak zwykle trzymać czujność na najwyższych obrotach. Mimo zamyślenia, doskonale wiedziałem kto i co dokładnie zrobił. Obserwując można się wiele dowiedzieć, szczególnie gdy potrafi się robić to dobrze. Ze swojej pozycji miałem idealny widok na barmankę, która kilka minut temu okradła jednego z bogatszych ludzi, urzędujących w lokalu oraz jej zrezygnowaną minę, gdy okazało się, że jego sakiewka była prawie pusta. Siedzieliśmy z Kisame w zaciemnionym kącie, nie zwracając na siebie zbędnej uwagi poza tym, że odganialiśmy od siebie łaszące się do nas kobiety, z przeciwieństwem do innych gości.
Te nadmorskie miejscowości są trochę dziwne. Posiadają jakiś swój klimat, z deka sprzeczny z moim, co nie wpływa na mnie zbyt korzystnie. Smród ryb które śmierdzą, jak dawno już rozłożony kot, wywołują u mnie odruch wymiotny, a wszechobecna sól, przyprawia o kichanie.
- Coś Uchiha chyba nie twój dzień, co? – rzucił rozbawiony Kisame, biorąc płytki łyk sake.
- Mój dzień, to nie twój pierdolony interes.
- Fiufiufiu – gwizdnął – jak brak ci Imrin, nie krępuj się – z przebiegłym uśmieszkiem na ustach pokazał dłonią machające nam tyłkami przed twarzami dziewczęta, które nie przywiodły mi na myśl czegokolwiek, co nie byłoby obrzydzeniem. Zignorowałem go i zacząłem obracać w dłoni kunai. Nic tak nie relaksuje jak wyobrażenie lub perspektywa czyjejś śmierci.
- Łooo! – jeden z tych bardziej uchlanych pijaków, zatoczył się wpadając w młodą barmankę, nie mając zamiaru jej puścić. Patrzyłem na tę scenę sceptycznie, będąc ciekawym rozwoju wypadków.
- Zabieraj od niej te swoje tłuste łapska, grubasie! – Deidara, który właśnie wyszedł z toalety, oburzony zaistniałą sytuacją, miał ochotę pobawić się w bohatera, czym mógł zapewnić mi trochę rozrywki. Między biesiadnikami a blondynem rozgorzała kłótnia, a ja miałem coraz większą ochotę stąd wyjść.
- To chyba on – mruknął Kisame, kiwnąwszy głową na typa, który właśnie wszedł do pomieszczenia. Nikt poza nami nie zwrócił na niego uwagi, gdyż w centrum  całego zamieszania stał Dei, dzielnie broniący barmanki niczym lwica swoich małych.
- Piękna dziś pogoda, prawda? – powiedział wysoki mężczyzna, który bez słowa dosiadł się do nas. Oparł łokcie na stole lekko się pochylając, a jego szare oczy błysnęły szaleństwem.
- Idealna na podróż za morze – odparłem, szybko taksując go wzrokiem. Duże oczy, przydługawe blond włosy opadające na czoło i czerwona chustka na szyi.
- Całkiem nie najgorsza – odrzekł, nadal się uśmiechając – barman! – tym razem nasza ukochana szatynka zniknęła gdzieś z Deidarą, a do przybysza musiał podejść łysy mężczyzna w średnim wieku, z brudną szmatą przewieszoną przez ramię.
- Co podać?
- To samo co ci panowie  - spojrzał po nas – razy trzy – rzucił do góry złotą monetę, którą uradowany staruch złapał w locie i niczym z motorkiem w dupie pognał na kuchnię.  Nowy spojrzał na nas ponownie, a gdy skierował wzrok na moją sylwetkę, oblizał usta z jakąś niewysłowioną dzikością – no, no, no – mruknął  - widzę, że szykuje mi się poważne zlecenie.
- Co masz nam do zaoferowania?
- Nie mam nic, co bym mógł tobie daaać – zanucił, zakładając nogę na nogę, przyjmując wyluzowaną postawę.
- Do rzeczy – warknąłem, wbijając kunai w stół.
- Mam dwa statki i dwóch serników – powiedział z przekąsem. W tym momencie z kuchennych drzwi jak z procy wyleciał stary barman, stawiając przed nami nowe czarki sake.
- Na zdrowie, panowie! – ukłonił się przesadnie i znów zniknął nam z oczu.
- Chciałbym uciąć sobie z wami dłuższą pogawędkę, ale niestety nie mogę! – cmoknął zmartwiony – lecz powiem tak – ponownie pochylił się, ściszając głos, a ja upiłem łyk z nowo napełnionej czarki – statki nie są pierwszej jakości, lecz powinny dać radę przetrwać poważne sztormy. Sterników mam dwóch, przy czym jednym jestem ja sam – znów uśmiechnął się specyficznie i klasnął w dłonie – drugi siedzi o tam! – wskazał palcem na podstarzałego faceta z brodą i papierosem w ręku, który chyba od lat nie miał bliższego spotkania z żyletką.
- Kontynuuj – rzekł Kisame, rozprostowując zdrętwiałe dłonie.
- Dobrze wiecie, ile będzie to kosztowało, prawda? – spytał konspiracyjnie.
- Sprawa wygląda następująco – powiedziałem tonem, nie uznającym sprzeciwu – my mamy wyruszyć najpóźniej jutro wieczorem, najpóźniej – zaakcentowałem to słowo, a mężczyzna wydawał się coraz bardziej zaciekawiony – za plus minus półtora miesiąca dotrze tu kolejna grupa, która również ma być przetransportowana w to samo miejsce co my. Płacę z góry – rzuciłem na stół dwie, napełnione po brzegi sakiewki, a on znów specyficznie oblizał usta – resztę dostaniesz jutro.
- Podoba mi się ten plan – przechylił głowę – z wami wyruszy Teiho, ja mam tutaj nieuregulowane sprawy i muszę jeszcze na trochę zostać w Mifir – jednym haustem wypił zawartość czarki i szybko potrząsnął głową – dobreee – wstał i dosunął krzesło do stolika – przekażę waszemu człowiekowi dokładne instrukcje. Wszystko musi być załatwione dyskretnie, bo nie mam zamiaru mieć na głowie przemytników z Ame, którzy również przymierzają się do podróży na Korynt.
- Jak najbardziej.
- No! To cudownie – przeczesał dłonią swoje blond włosy, po czym włożył ręce do kieszeni – będę się zbierał, kobieta czeka – mrugnął do nas porozumiewawczo – jeśli będziecie chcieli mnie znaleźć, pytajcie się o tego, który „walczy ze wszystkim, tylko nie z samym sobą”. Traficie wtedy do mnie bez zbędnych problemów – pstryknął palcami i odwrócił się – żegnajcie Uchiha Itachi i Hoshigaki Kisame. Pozdrówcie ode mnie swoich dwóch kolegów – machnął ręką i odszedł w stronę wyjścia. Ponownie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Tak, jakby w ogóle tu nie było.
- To nie jest zwykły przemytnik, napalony na kasę. Dobrze wie, co robi – odezwał się Kisame, po dłuższej chwili ciszy. Racja. Znał nasze nazwiska, mimo iż nie usłyszał ich od nas. Każę go sprawdzić.

- To może być interesująca podróż.
*** 
Hoł, hoł, hoł! 
Ohayo ^^
Rozdział ten definitywnie kończy nasze przygody w Liściu. Ale już tak definitywnie, definitywnie. Nie usłyszycie już nic zbędnego na temat Konohy. Nastał czas Koryntu! Czy jakos tak ._.
Przyznam się, że dużo czasu i uczuć (?) włożyłam w tę notkę, co można chyba wywnioskować po jej znacznej większości. Może uważacie to za niepotrzebne, zbędne? Mejbi, mejbi. Tak czy siak doszłam do wniosku, że takie sytuacje są w tym opowiadaniu potrzebne. Zawsze mogę się mylić, ale z reguły rzadko to robię, więc mam nadzieję, że nie będziecie narzekać na "nadmiar tragizmu", czy coś. Od humoru jest After Shinobi World, gdzie pojawił się wczoraj nowy rozdział.
Jak widać wena mnie nie opuszcza i pozwoliłam jej dać swoje ujście z racji dłuższego weekendu. 
Smutno mi trochę, że mało kto jest skłonny, aby skomentować moją pracę.
Dziękuję jednak tym, którzy przy mnie trwają ;)
Bywajcie!

17.12.2013r
Chyba dziś dam radę wszystko sprawdzić B|

17 komentarzy:

  1. Blog jak i wszystkie twoje notki są boskie ! , a ta notka normalnie wymiata ♥♥♥♥♥ :) nie przejmuj się małą ilością komentarzy :D ważne , że są czytelnicy którym się Bardzo podobają :)
    Weny Życzę i szybkiego napisania kolejnej notki :) :* Pozdrawiam ♥ :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tyle wygrać ^.^ dwa rozdziały w tak krótkim czasie ! *.* ( jak dla mnie krótkim czasie ^.^ ) pisz pisz jak najszybciej ! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zapowiada się, żebym szybko coś napisała, ale dziękuję ;)

      Usuń
  3. Właśnie! Jeszcze zobaczysz czytelników się nazbiera, chociaż pewnie oni są, ale nie komentują;-) co do rozdziału to Dyara dobrze zrobiła, że mu nie odpuscila, a to, że i Kiba tam jest faktycznie jest komiczne. To oni już nigdy nie wrócą do Konohy :O? Może i racja skoro Naruto ich trul, ciekawa jestem, co z tego wyniknie. No i tego, co ta panna Itachiego kombinuje... niedługo ponowne spotkanie rodzeństwa się szykuje? Same pytania, mimo tego, że w rozdziale faktycznie było mało akcji, ale masz rację, takie rozdziały są potrzebne. Pozostaje mi czekać na odpowiedzi, pozdrawiam hayley:-* no i od piątku znowu długi weekend ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ah! No i to, co Sasuke powiedział Raito rozwalilo mnie totalnie! Oprócz tego fragmentu o prostytutkach, ale wiesz cała reszta ;-)

      Usuń
    2. Niach, niach, niach ;3
      Coś mam dzisiaj jakiś cudowny dzień <3
      Dziękuję ;D

      Usuń
  4. Uuu, atmosfera w tym rozdziale jest świetna.! Raito okazał się wredną szowinistyczną świnią i w głębi duszy mam nadzieje, że Dyara mu nie wybaczy. To co powiedział mu Sasuke powaliło mnie na kolana. Naruto zachował się trochę nie fair w stosunku do nich. Nawet jak hokage nie powinien zapominać, że są dalej przyjaciółmi.Jestem ciekawa, czy wrócą kiedykolwiek do konohy...No.! Ale z tą Imrin to mnie nieźle zdziwiłaś. On też jest jakaś nie poważna, zostawić Itachiego Uchihe?! Hmpf, skąd ona się urwała. Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału i wizyty w Koryncie. Życze weny i nie martw się, czytelników się nazbiera. Co najmniej na mnie możesz polegać,bo będę stale tu zaglądać. ;) Pozdrawiam, Anae :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam po dłuższej przerwie ^^
      Tak. Raito stał się wredną, szowinistyczną świnią. To świetne określenie. Może nawet Dyara mu to wypomni... ;>
      Imrin jeszcze wiele namiesza ;3
      Pozdrawiam ;D

      Usuń
  5. To ja będę tą kolejną skłonną do komentowania i powiem to moje niesamowicie oklepane "podoba mi się ten rozdział" bo skończyły mi się pomysły na jakieś lepsze pochwały. Trochę się pośmiałam w trakcie szukania "ciapci". Ale najważniejsze! Zapomniałabym! Chłopcy uczcie się od Imai. "Szacunek do kobiety jest czymś, co ceni ona najbardziej" lepiej i bardziej dosadnie się tego nie da już skompresować. Czy tak trudno zrozumieć tą jakże prostą prawdę? Niestety z doświadczenia wiem, że dla większości stanowi to nie lada wyzwanie. Dlatego Serdecznie dziękuję ci Imai, że to napisałaś. Może znajdzie się paru takich co weźmie sobie twój tekst do serca i zacznie w końcu nas szanować. Oby wena cię nie opuszczała i z wytęsknieniem czekam na kolejny rozdział.
    PS: Marzy mi się jakiś arcik Dyary w tej czerwono-czarnej kurtce i czerwonej chustce, bo moja tępa głowa nie potrafi za nic sobie tego wyobrazić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja jestem Dyarą i po prostu byłam tak np dziś ubrana. Nie wiem, czy chciałabyś moje zdjęcie xD
      Wena mnie troszku opuściła, ale... postaram się coś z tym zrobić.
      Wiesz... Ja tam się nie znam, ale tylko chyba dziewczyny czytają tego bloga. Także niestety mój przekaz do płci przeciwnej nie dojdzie ;/

      Pozdrawiam i dziękuję z całego serca <3

      Usuń
  6. No siema, siema. :)
    W końcu postanowiłam usiąść i nadrobić zaległe rozdziały. ^^
    Hmmm... Wszystkiego bym się spodziewała, tylko nie zdrady Raito. On zawsze wydawał się taki idealny i wgl, ech. Lajf is brutal. W sumie to go lubię, więc mam nadzieję, że jeszcze się zejdą.
    Irmin też odeszła od Itasia? :o Wszędzie rozstania. Przechodzisz jakąś depresję czy co? xD
    Dobra, przynajmnien Sasuke był romantyczny dając Sakurze spinkę jej mamy. ♥ Kocham.
    Mam wrażenie, że rozdziały są ostatnio dłuższe, bo na telefonie sporo zajmuje mi ich czytanie. xd
    A tak btw ta borówkowa czekilada jest pyszna, nie dziwię się, że Dyara ją uwielbia. :)
    Jak zwykle przyjemnie się czytało. ^^
    Do treningu! :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hejo, to znowu ja. Coś widzę, że rozdział 5 stoi w miejscu. Jeśli to problem braku czasu, to spokojnie, ja jestem wyrozumiała i cierpliwie poczekam. Ale jeśli masz konflikt ze swoją weną, to mam pewien pomysł na rozwinięcie akcji. Jeśli jesteś chętna, żeby go "posłuchać" to napisz w kometnarzu, lub wyślij wiadomość na moim koncie google. I oczywiście życzę ci żebyś się pogodziła ze swoją weną jak najszybciej, bo stęskniłam się już za Dyarą, Saskiem, Itachim i oczywiście Mirandą/Mirvą. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Primo - "do kurwy nędzy", mój ulubiony zwrot łaciny podwórkowej, kocham.
    Secundo - Saske dał do pieca, na bogato! Na początku z tą spinką jakoś tak mi nie podeszło ale później... prawdziwy arogancki Uchiha, i jeszcze ten komentarz "lubię to". Lubię to!
    Tertio - Itachi znów się gdzieś włóczy, nie jestem na bieżąco, kompletnie, ale nadrobię to bo porwał mnie Twój styl. Chcę tak pisać! Bądź moim idolem / bogiem / autorytetem, czym chcesz, tylko bądź! Nie podlizuję się, spokojnie. Rozdział długi, ponad przeciętnie, ale tak przyjemnie się go czytało, że szok. W ogóle, uwiódł mnie Twój szablon, wiesz? Nie wiem, kto go wykonał, ale jest po prostu fantastyczny. Jak tylko czas pozwoli, nadgonię pozostałe rozdziały, bo widzę, że to, co tu się dzieje, będzie mocne. Zwłaszcza, kiedy widzę, że autorka wie, o czym chce pisać i ma do tego talent. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, wątki są rozbudowane do granic, takie mam wrażenie po tym rozdziale, co mnie osobiście bardzo pociąga, gdyż pisanie w kółko o jednej i tej samej parze jest nudne i niczego nie niesie. Będę komentować i doceniać Twoją pracę, co ty na to?
    Nie zapraszam jeszcze do siebie, nie jestem tu by się zareklamować a o nowościach będę wiedzieć z obserwowanych, więc nie musisz się martwić o powiadamianie. Do usłyszenia, i nie martw się! Chyba lepiej jest mieć 5 stałych czytelników którzy potrafią coś napisać w komentarzu, niż 15 innych, którzy na twój rozdział wynoszący 20 stron w wordzie, napiszą "Fajne, kiedy next?". Masz kolejną czytelniczkę, jeśli to jakoś poprawi Ci humor. Do usłyszenia raz jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kyaaaa! *.*
      Boże, ile komplementów o.o
      Moja samoocena właśnie drastycznie podskoczyła, mówię serio. Jest mi niezmiernie miło czytając tak wiele pochlebnych określeń na temat mojej pisaniny. Jeśli podejmiesz się komentowania będę w siódmym niebie, nawet ósmym! Informacja o nowym czytelniku zawsze poprawia mi humor, a jeśli jest to osoba doceniająca moją pracę, to autentycznie poziom endorfin w moim organizmie balansuje na górnej krawędzi.
      Z racji, że mam mało czasu, postaram się zajrzeć do ciebie ale nie obiecuję.
      Mam tylko jedną prośbę.
      Nie zniechęcaj się pierwszymi rozdziałami, które temu najnowszemu mogą buty czyścić. Przez te notki można bez problemu zauważyć, jak zmieniał mi się styl i kulejąca z początku fabuła nabrała sensu (dopiero później), za co musisz mi wybaczyć. Mam nadzieję, że przebrniesz przez te bagna. Wierzę w ciebie!
      Do usłyszenia! *szczerzy się od ucha do ucha*

      Usuń
    2. Ahhh i szablon rzeczywiście jest cudowny. Też się w nim zakochałam i od prawie roku go nie zmieniłam, nie mam serca ;)
      Ukłony w stronę mojego Mistrza Akemii <3

      Usuń