czwartek, 17 października 2013

II Rozdział III

"Śmierć jak kot snuje się po dachach." 
Normalsi

Sasuke
Kto jej kazał rodzić? Kto jej kazał w ogóle zachodzić w ciążę?  Dlaczego tak wrzeszczy? No naprawdę, jakby nie było na świecie większych problemów, niż urodzenie krzykliwego bachora. Hmpf.
- No nie wytrzymam tu zaraz! – Ino uderzyła pięścią w ścianę, łapiąc się po chwili za bolącą rękę. Jak ja jej nienawidzę. Ta jedna z wielu agentek Korzenia, która pozostała na wolności jest parszywa, zdradziecka i krętacka. Hmmm, to w sumie jak ja, ale jednak trochę inna.
- Ale przestań się drzeć. Wystarczy, że Hinata to robi – mruknął znudzony Shikamaru, a żeby jego wypowiedź znalazła odpowiedź w faktach, Hyuuga wybrała akurat ten moment, aby wydać z siebie donośny ryk, którego nie powstydziłoby się dzikie zwierzę. Ta to ma wyczucie.
- Ale czy ty wiesz, przez co ja przechodzę?! – usiadła na krześle i schowała twarz w dłoniach.
- Nie wiem i wiedzieć nie zamierzam. Nie chcę też, abyś mi to wyjaśniała, bo ci nie ufam – ziewnął, odchylając się do tyłu.
- Dlaczego mi niby nie ufasz? – szybko wyprostowała się, mierząc w niego palcem wskazującym. Gdybyś mi zadała to pytanie, to chyba miałabyś problem z wyjściem stąd o własnych siłach, Ino…
- Nie ufam niczemu, co krwawi raz na miesiąc i nie umiera – wyjął z wewnętrznej kieszeni kamizelki papierosa, a drugą ręką szukał zapalniczki, gdy blondynka wytrąciła mu peta z ręki.
- Nie dość, że mi ubliżasz, to jeszcze palisz! – tak szczerze, to zastanawiałem się, co ja tu robiłem. Ani nie było to moje dziecko, ani jego los mnie szczególnie nie interesował. Nawet nie wykazałem się inicjatywą, aby znać płeć niemowlaka, który właśnie walczył o wolność, więc czy to takie ważne? Aaa, no tak. Sakura nie wiedziała, czy kupić ciuszki niebieskie, czy różowe. Babskie, nic nieważne problemy, hmpf.
Właśnie tysięczny dziś raz podziwiałem nieskazitelną biel ścian, szarość posadzek i czystość tego budynku, gdy...
- Gdzie on jest?! – Hinata już któryś raz krzyczała, wymawiając właśnie to zdanie, gdyż Naruto nie było przy niej i tak naprawdę nikt nie wiedział, gdzie jej mąż, ów Hokagę się podziewał.
- Na pewno nie tutaj – rzuciła Tenten, opierająca się o ścianę niedaleko mnie. Niemowlak w wózku obok spał jak kamień, na szczęście nie mając zamiaru się budzić. Tahiro byakugan’a odziedziczył po ojcu, którego niestety nigdy nie pozna. Te oczy to jego jedyna prawdziwa pamiątka po Neji’m, który poległ kilka miesięcy temu, oddając życie w obronie schronu pełnego cywili. Gdyby nie przyjął na siebie ciosu zadanego przez Madarę, ten trafiłby akurat w skalną kryjówkę, gdzie przebywało ponad tysiąc ludzi.
Sakura już ponad godzinę znajdowała się w szpitalnej sali, razem z przyszłą mamusią i gromadą pielęgniarek. Normalnie właśnie w myślach wyśmiałbym Ino, która miała pretensje do biednego Choji’ego, który dopiero zawitał w progach korytarza o to, że nie przyniósł jej dietetycznego soczku, lecz myśli o Neji’m trochę mnie ostudziły. Tenten czuła się tak, jak ja gdybym stracił Haruno. Potrząsnąłem głową. Uchiha ogarnij się.
- Proszę mnie przepuścić! – damski krzyk dobiegł nas zza zakrętu, a zaraz po nim pojawiła się jego właścicielka.
- Nie, jest tam już za dużo osób. Proszę się zatrzymać! - Dyara ze wzrokiem godnym najlepszego mordercy zbliżała się do nas nieuchronnie, ignorując irytującą pielęgniarkę, a ja miałem wielką ochotę podstawić jej nogę. Niech mi gówniara dziękuję, że jednak tego nie zrobiłem.
- Proszę jej odpuścić. Ma dziś naprawdę zły dzień – Raito próbował udobruchać kobietę, lecz Dyara swoim zachowaniem niestety niweczyła jego starania. Na jej widok Ino od razu przymknęła swoją wypacykowaną jadaczkę, siadając cicho za Choji’m, a ja delektowałem się chwilą bez jej trajkotania.
- Urodziła już tego cholernego bachora, czy nie? – warknęła Dyara, kładąc ręce na biodrach.
Uniosłem jedną brew, dając jej do zrozumienia, że do tego jeszcze daleko, a ona oparła się o ścianę i osunęła się po niej na podłogę. Yamanaka powiedziała coś Akimichi’emu na ucho, lecz moja siostra wyłapała to i posłała jej spojrzenie, przez które Ino skurczyła się jeszcze bardziej niż na samym początku. Muszę przyznać, że Dyara ma w sobie coś niepokojącego. Posiada jakieś magazynowane pokłady wściekłości, wredności i wszystkiego co niemiłe, aby w pewnym momencie wyrzucić ich zdecydowany nadmiar. O niebiosa! Właśnie dziś nastał ten dzień.
- Cześć wszystkim – przywitał się Raito, czyli zrobił to czego nie zrobiła Dyara i kucnął obok niej – nie możesz się tak zachowywać – mruknął cicho, przecierając twarz dłonią, gdy wszyscy również kiwnęli na niego głową.
- Jeśli masz zamiar mnie teraz pouczać, to równie dobrze możesz stąd iść – warknęła, patrząc mu się prosto w oczy. On jednak nie spuścił wzroku, wręcz przeciwnie zaczął się w nią intensywnie wpatrywać.
- Mam zamiar cię pouczać, nie wychodząc stąd – odparł, splatając dłonie.
- Twoje niedoczekanie, zdrajco – syknęła.
- Aaaaaaaa! – kolejny głośny wrzask Hinaty przebił powietrze, a ja miałem ochotę jak najszybciej się stąd wynieść. Co ja tu robię?! A, no tak – Sakura, hmpf.
- Nie od tego jesteś – popchnęła go lekko, lecz starczyło to jednak, aby klapnął na tyłek, a jego opanowanie wyparowało.
- Mam dość twoich humorów – fuknął, podnosząc się.
- Doprawdy? – zakpiła, a przez jej usta przeleciał uśmieszek, który wcale nie zaliczał się do tych radosnych. Powietrze przerywały tylko sapnięcia Hyuugi i rozkazy Sakury, dochodzące zza drzwi. Atmosfera była napięta, a w centrum uwagi moja siostra i jej problemy miłosne. Kogo to obchodzi?
- Ehh – westchnął, przeczesując sobie włosy.
- Walizka jest pod łóżkiem, twoje pranie wisi na suszarce, a resztę ubrań pochowałam do szafy. Moim zdaniem wszystko ci się zmieści – syknęła, również wstając – no idź, na co czekasz? – spytała, założywszy ręce na piersi – łaski bez, Yamura – zmrużyła oczy, a po chwili  wszyscy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znaleźli sobie własne zajęcie. Tak. Jestem pewien, że jesteśmy rodzeństwem.
- Gdzie on jest do jasnej cholery?! Aaa! – westchnąłem.
- Biegnę, biegnę, kochanie! – nagle w korytarzu pojawił się Uzumaki, potrącając przy okazji staruszkę, która odbiwszy się od ściany ledwo zachowała równowagę. Naruto popatrzył na nas zdezorientowany, lecz otrząsnął się, gdy tylko Hinata wrzasnęła po raz kolejny:
- NARUTO!!!
- Jestem! – odpowiedział, otwierając drzwi na oścież, a ja cichociemnie wychyliłem głowę by zobaczyć, jak blondyn wpada w pielęgniarkę, która wywraca się, a ten zastanawia się czy jej pomóc, czy pędzić do żony.
- Naruto, ty idioto! Jak mogłeś?! – wrzasnęła, gdy drzwi się zamknęły, a my znów zostaliśmy sami na korytarzu.
- Właśnie! Jak mogłeś? – syknęła Dyara w stronę Raito, który nieźle wkurzony usiadł na ostatnim wolnym krześle.
- Nie teraz – rzucił, za pewne nie chcąc robić rabanu przy ludziach i w sumie to mu się nie dziwiłem.
- Bo co? – warknęła, wyrzucając ręce do góry.
- Jest, jest! – krzyk Uzumaki’ego przedostał się przed drzwi, a zaraz za nim odgłos czegoś lądującego na posadzce.
- Nieważne – powiedziała i odeszła, nie mówiąc już ani słowa. Yamura siedział zirytowany do granic, na nikogo nie patrząc.
- A mówiłam, żeby tam nie wchodzić! – pielęgniarka ucieszona, że jednak miała rację, klasnęła w dłonie, a ja coraz bardziej miałem dość tego dnia. Co za upierdliwe dwadzieścia cztery godziny.
- Nigdy jej nie lubiłam – fuknęła Ino, rozluźniając się i raczej zapominając, że jednak tu byłem.
- Masz z czymś problem? – mruknąłem niemiło, chcąc aby jak najszybciej zeszła mi z oczu. Już wystarczająco jej nienawidziłem i już wystarczająco dużo krzywd wyrządziła Dyarze, aby skrócić ją o głowę. O. Gdybym to zrobił, ten dzień stałby się może w końcu interesujący.
- Udało się – drzwi otworzyły się, a stanęła w nich Sakura w lekarskim kitlu i wysoko spiętymi włosami. Wszyscy odetchnęli, a Haruno podeszła do mnie i objęła w pasie, przytulając twarz do mojej piersi – nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało…
Przechyliłem głowę, aby zobaczyć wnętrze sali. Rzeczywiście, Sakura mogła mieć trochę racji…
W łóżku na środku pokoju leżała Hinata podpięta do tysiąca dziwacznych kabelków i pikających maszyn, a z podłogi podnosił się ledwo przytomny Uzumaki w towarzystwie wysokiej, blond włosej pielęgniarki. Dokoła latały jeszcze inne położne, a Hyuuga patrzyła na to wszystko z przymrużonymi oczami i lekkim zdegustowaniem, jednocześnie dysząc jak parowóz. Wplotłem palce we włosy Sakury, a ona zamknęła oczy lekko się uśmiechając. Ino zaczęła wyrzucać z siebie magazynowane zapasy radości, Shikamaru rozluźnił się, Choji również, a Tenten lekko się uśmiechnęła.
Staliśmy tak chwilę, do czasu, gdy rytm irytującego pikania się zmienił. Sakura napięła się, a w tym samym momencie, pielęgniarka krzyknęła:
- Pani Haruno, tętno spada! - popatrzyłem na Hinatę, której rzeczywiście zamykały się oczy, a Sakura wyprostowała się jak struna i wbiegła do sali, a położna w tym samym czasie wyprowadziła Naruto, który jednak nie był do tego skłonny.
- Proszę mnie zostawić! – krzyknął,  a kobieta spojrzała na niego przestraszona. Miałem wrażenie, że zaraz wyskoczą jej nad głową dymki:
Mogę postawić się Hokage?
·         tak
·         nie

Tak się jednak nie stało, gdyż Sakura wśród krzyków skierowanych do innych lekarzy, zdążyła wydrzeć się również na Uzumaki’ego:
- Spieprzaj! W niczym tu nie pomożesz! – po tych słowach drzwi się zamknęły, a słychać było już tylko polecenia wydawane przez dziewczynę.
Naruto oparł się o drzwi, z pozoru spokojny, lecz w środku przerażony do granic. Ten człowiek nigdy nie potrafił skutecznie i długo maskować emocji. Jako, że jego posada zobowiązywała go do posiadania tej umiejętności, nabył ją, lecz nie w wystarczającym stopniu, aby oszukać mnie. Nie patrzył on na żadne z nas. Nikt również się nie odezwał, bo każdy niecierpliwie wsłuchiwał się w to, co działo się w sali. Naruto nadal nas ignorując zaczął chodzić w tę i z powrotem, powoli dając upust emocjom. Już wcale nie było mi do śmiechu tak jak z początku, gdy tylko pojawił się w moim polu widzenia. Jak zawsze nieogarnięty, spóźniony i tak bardzo narutowski, lecz teraz był jedynie mężem, który bał się o życie żony i nowonarodzonego dziecka. Przyznam, że nawet mi udzieliła się atmosfera panująca na korytarzu.
Tenten cicho kołysała w wózku Tahiro. Shikamaru również z pozoru spokojny, bawił się palcami, zdradzając tym jednak swoje zdenerwowanie. Choji wystukiwał tylko sobie znany rytm w oparcie krzesła, a Ino złączyła dłonie i miałem wrażenie, że się modli. Nagle z irytującej dla mnie sytuacji, stworzyła się nowa sytuacja, która również nie była szczytem moich marzeń. Myślałem właśnie o tym, co czuła teraz Sakura. My w napięciu i zdenerwowaniu jedynie czekaliśmy na korytarzu, ale to ona koordynowała wszystkie działania, podejmowane właśnie na porodówce. Z tego co udało mi się wyłapać w ogólnym stłumionym przez drzwi gwarze, walczyła o życie swojej przyjaciółki.
Kilka sekund. Kilka sekund. Tyle wystarczyło, aby wyrwała się z moich objęć będąc dumną, że doprowadziła poród do końca po to, żeby nagle ratować swoją pacjentkę, czując za pewne przerażenie, jak i zawód. To kilka miesięcy mnie zmieniło, zacząłem postrzegać życie trochę inaczej. Zaczęły mnie interesować przyziemne rzeczy, a nie wyimaginowana pogoń za zemstą. Stałem się przez to słabszy - pozwalając sobie czuć - ale patrzę na to dwojako.
Przyznam, że interesowałem się jednak  losem Hyuugi. Nie zawiniła mi nigdy niczym, a wiem, że nie raz pomogła Sakurze, gdy ta miała problem. Haruno nazywa to przyjaźnią. Kiedyś nie przejąłbym się jej złym stanem zdrowia, nawet śmiercią. Bez chwili wahania sam mógłbym ją zabić, nawet się nad tym nie zastanawiając.  Teraz, gdy tak patrzyłem na Naruto i  to, jak bardzo nie potrafił się pozbierać i jak bardzo był zdenerwowany wiedziałem, że moje stare życie było zdecydowanie bardziej wygodne. Aczkolwiek wygodne, nie znaczy lepsze.
Krzyki dochodzące zza drzwi wpędzały blondyna w dodatkową wściekłość. Widziałem po nim, że nie mógł sobie czegoś wybaczyć, miał wstręt do samego siebie. Dlaczego się spóźnił? Dlaczego nie przybył na czas? Co zatrzymało go tak bardzo, że nie był od początku przy żonie, gdy ta rodziła? Odchyliłem głowę do tyłu, dotykając zimnej, chropowatej ściany. Minęła minuta, dwie, pięć. A tu nic. Nikt z nas nie ośmielił się odezwać, widząc Uzumaki’ego, który był na skraju załamania nerwowego. Nie zrobiło mi się go żal. To, to nie to. Może kiełkowało się we mnie coś na kształt współczucia? Sam już nie wiem, nadal gubię się w tych kwestiach, są zbyt enigmatyczne i…
Drzwi nagle otworzyły się, a nasze głowy natychmiast odwróciły się w tę stronę. Pokazało się w nich łóżko, pchane przez dwie położne, a zaraz zza nich wyłoniła się Sakura.
- Sakura-chan, co się dzieje? Co z Hinatą, co z moim dzieckiem? – dopadł dziewczynę i złapał za dłonie. Ta była od niego sporo niższa, więc aby spojrzeć mu w oczy, musiała podnieść głowę. On patrzył na nią z wyczekiwaniem, ale ona tylko westchnęła.
- Coś poszło nie tak. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, to zdrowy noworodek – spuściła wzrok, wbijając do w podłogę – u Hinaty pojawiły się jednak powikłania. Właśnie przenosimy ją na salę operacyjną – przełknęła ślinę, a Naruto po prostu znieruchomiał. Patrzył się na nią tępo, jakby nie mogąc zrozumieć jej słów – w tej chwili jest przygotowywana do operacji, a ja muszę iść – próbowała wyrwać dłonie z uścisku Naruto, ale on jednak jakby naprawdę skamieniał i nie miał zamiaru ich puścić. Miałem wrażenie, że odpłynął, a pozostał z nami jedynie ciałem – Naruto – powiedziała twardo Sakura – muszę iść, aby uratować życie twojej żony – po tych słowach uwolniła swoje ręce i rzuciła się biegiem w kierunku, w którym podążyły wcześniej pielęgniarki.
Byłem zdezorientowany. Zmarszczyłem brwi. Przecież jeszcze niedawno wszystko było dobrze. Hinata darła się przecież na Naruto,  dla mnie to wszystko było śmieszne, a teraz? W korytarzu zapanowała grobowa cisza, przerywana jedynie dźwiękiem wypalającej się jarzeniówki, gdy Uzumaki uderzył kolanami o kafelki i usiadł na piętach, wpatrując się w pustkę. 
Byłem skonsternowany. W tym momencie jego idealny świat zaczynał się walić, a on w żaden sposób nie mógł tego zatrzymać. Był zdolny jedynie do czekania na dalszy rozwój wypadków, na który również kompletnie nie miał wpływu. Ludzie powiedzieliby, że teraz wszystko jest w rękach Boga. Bujda. Boga nie ma.
Byłem niepewny. Niepewny tego, jak powinienem odebrać całą tę sytuację. Nie chciałem dopuszczać do siebie zbyt dużo myśli na raz, bo byłoby to porównywalne do popełnienia samobójstwa, ale też nie chciałem odgrodzić od siebie wszystkich emocji.
- Naruto – powiedziałem zachrypłym głosem. Wszyscy skupili teraz na mnie swoją uwagę, lecz byłem wpatrzony w blondyna, który w ogóle nie zareagował na moje słowa -  Naruto – powtórzyłem, nadal nie dostając odzewu. Podszedłem do niego i ukucnąłem naprzeciwko. Po kilku sekundach wyłapałem jego rozbiegany wzrok.
- Ona nie żyje – wyszeptał.
- Żyje, młotku – rzuciłem zirytowany, chcąc, żeby się otrząsnął – Sakura na to nie pozwoli, rozumiesz?  - klepnąłem go lekko w ramię, mając nadzieję, że go to ocuci.
- Ona nie żyje – zaczął kołysać się w przód i w tył, a ja nie miałem nastroju na bawienie się w psychologa. Uderzyłem go z otwartej ręki w policzek tak, że aż głowa odskoczyła mu na bok. Głośne plaśnięcie rozniosło się w powietrzu, a Naruto powoli odwracał się w moją stronę. Jego wzrok stał się minimalnie bardziej przytomny, gdy wstałem, wyciągając do niego rękę.
- Wstawaj – warknąłem, lekko ruszając dłonią. Musiał przestać się mazać i wziąć się w garść. Byłem pewien, że Sakura naprawdę nie pozwoli Hyuudze umrzeć. Już miałem zabierać rękę, kiedy Naruto chwycił ją i podpierając się na niej, wstał. Byliśmy tego samego wzrostu, więc nie miał problemu, żeby spojrzeć mi w oczy.
- Pokaż mi moje dziecko, chociaż ono – rzucił wręcz błagalnie, a mnie ten widok nawet ujął i byłem w stanie postawić się na jego miejscu.
Ta perspektywa dała mi solidnego kopa do działania i nagle miałem ogromną chęć rzeczywiście zabrać go do dzieciaka. Nie miałem pojęcia, gdzie on teraz był, lecz jedyne co przyszło mi na myśl to sala, gdzie Uzumaki jeszcze niedawno leżał na podłodze przy łóżku swojej żony. Tak też więc w kilku krokach dotarłem do drzwi i pociągnąłem za klamkę. W środku znajdowała się tylko jedna pielęgniarka, a drugie drzwi do sali właśnie zamknęły się za resztą lekarzy, którzy właśnie opuścili to pomieszczenie.
- Gdzie ono jest? – spytałem, postępując krok do przodu.
- Tam – wskazała palcem na trzecie, niebieskie drzwi, a ja cofnąłem się o krok, kiwnąłem na Naruto i ponownie wszedłem do obszernej, jasnej sali.
- Idźże – pchnąłem go w plecy, kiedy już mnie wyminął, gdyż szedł nadzwyczaj wolno. Doszliśmy w końcu do błękitnych drzwi. Pchnąłem je, przepuszczając blondyna przodem, a ten po chwili powoli przekroczył próg. Na końcu podłużnego pomieszczenia stał mężczyzna odziany w biały kitel, stojący do nas tyłem.  Naruto nadal będąc w jakimś dziwnym transie szedł przed siebie, a ja ruszyłem za nim.
- O! – krzyknął lekarz – to pan, Hokage-sama! – uśmiechnął się do nas przyjaźnie, lecz żaden z nas nie odwzajemnił jego uśmiechu – oto i pańska córeczka – odwrócił się, pokazując niemowlaka zawiniętego w krwistoczerwony kocyk – proszę ją wziąć – podał dziecko Naruto, a ten dopiero po kilku sekundach wyciągnął ręce po małe, czerwone zawiniątko z niespodzianką w środku.
- Cheri, będziesz nazywać się Cheri – mruknął pod nosem, biorąc bobasa na ręce. Miałem wrażenie, że robił wszystko, żeby nie myśleć o walczącej o życie Hinacie. Skupił się na małej, chcąc wyrzucić  żonę z myśli chociaż na chwilę. Widziałem jednak po nim, że nie na wiele mu się to zdało.
Byłem zdziwiony. Wokół mnie właśnie tak wiele się wydarzyło, a ja podszedłem do tego bardzo obojętnie. O, dziecko się urodziło. O, Hinata umiera. Ojej. To dość straszne, z jak wielkim dystansem podchodzę do pewnych rzeczy. Nie udzieliła mi się jakoś specjalnie radość Ino, czy uczucie ulgi Shikamaru. Jedynie w momencie, gdy Naruto upadł na kolana coś we mnie drgnęło na tyle, abym pomógł mu wstać. Teraz, kiedy tak stałem obok niego, dopadła mnie smutna rzeczywistość i świadomość, jak bardzo byłem wypruty z emocji. Uświadomiłem sobie właśnie jak wiele nieprzyjemnych uczuć po prostu ignorowałem. Jeśli nie zważałem na tak dużo tych złych, to tyle samo omijało mnie tych dobrych?
Zamknąłem na chwilę oczy, czując, że robi mi się niedobrze.
- Muszę niestety zabrać ją do specjalnej sali. Jeszcze przed dobę powinna przebywać w inkubatorze – lekarz wyciągnął ręce, aby zabrać Cheri z rąk blondyna, ale ten jednak nie miał najmniejszego zamiaru oddać mu córki.
Nagle moją głowę przeszył tępy ból. Nie słyszałem, co powiedział Naruto. Nie słyszałem nic. Ogarnęła mnie pustka. Musiałem złapać się ramienia Uzumaki’ego, aby czuć, że nadal tu byłem. Cofnąłem się o krok, trzymając się jedną ręką za głowę. Naruto coś do mnie mówił, lecz nie miałem pojęcia co. Zacisnąłem mocno zęby, aby nie krzyknąć. Trząsłem się przez chwilę, nie będąc w stanie patrzeć przed siebie, lecz ból nagle ustąpił, a ja wyprostowałem się, nadal jednak nie słysząc kompletnie nic. Popatrzyłem na doktora, który właśnie wziął do ręki jakąś dziwną latareczkę i kazał mi się do siebie zbliżyć. Nie wiedziałem, co do mnie mówił, lecz pozwoliłem skierować mu wiązkę światła na moje oczy.
Bum! Słuch powrócił tak szybko, jak przed chwilą zniknął. Pierwszym dźwiękiem jaki usłyszałem był płacz dziecka, a to otrząsnęło całą naszą trójkę. Przetarłem oczy, a blondyn niechętnie oddał Cheri lekarzowi, który popatrzył na mnie sceptycznie, lecz szybko zniknął z naszego pola widzenia, jakby bojąc się, że Naruto z powrotem zabierze niemowlaka. A może to z mojego powodu?
- Chodź – syknąłem, zirytowany swoją słabością. On nie zadawał pytań, a jedynie poszedł za mną w kierunku powrotnym. Nie oglądając się za siebie wszedłem do poprzedniej sali, a potem na korytarz. Zignorowałem wszystkich i podążyłem prosto do łazienki. Doszedłem po znakach do szukanego pomieszczenia, po czym pchnąłem metalowe drzwi, znajdując się tym samym w łazience oświetlanej zimnym, białym światłem. Szybko podszedłem do umywalki, odkręciłem kurek z lodowatą wodą i ochlapałem sobie nią twarz.
Urodziło się dziecko. Jego matka prawdopodobnie umiera. To … deprymujące.
Dotarło to do mnie dopiero teraz. Okropność tej sytuacji spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.
Byłem przestraszony. Widmo śmierci wiszące nad nami – właśnie ono tak mnie dezorientowało przez cały czas. Tak bardzo znieczuliłem się na widok śmierci, że nawet przeczucie na jej temat nie skłoniło mnie do większych przemyśleń. Widomo śmierci Hinaty, jak i mojej, Dyary i Itachi’ego. Już zbyt długo siedzieliśmy z siostrą w Konoha, ignorując świadomość o klątwie. Zbyt długo nie reagowaliśmy, chcąc o tym zapomnieć.
Byłem zirytowany. Zirytowany własnym brakiem ogłady i odpowiedzialności. Już dawno powinienem wziąć sprawy w swoje ręce. Już dawno powinienem przeprowadzić poważną rozmowę z Mirvą. Co robiłem przez cały czas? – Oszukiwałem własnego siebie. Wytarłem twarz papierowym ręcznikiem, po czym wrzuciłem go do kosza, spoglądając na własne odbicie w lustrze.
Patrzył na mnie wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po dwudziestce z ciemnymi włosami i czarnymi oczami. Ubrany był w koszulę i spodnie koloru swoich tęczówek, na szyi mając naszyjnik ze znakiem swojego klanu. Mężczyzna, stwarzający wrażenie groźnego i  niebezpiecznego – jednego z tych, których omija się z daleka. Znalazł się jednak ktoś, kto zobaczył w nim coś poza otoczką typa spod ciemnej gwiazdy. Ta osoba zmieniła jego poglądy, stając się centrum jego świata, zaczynając tworzyć jego życie na nowo. On teraz miał po co żyć, miał powód, aby żyć.
Spuściłem wzrok, wspierając się na dłoniach, o kant umywalki. Nie mogę umrzeć – pomyślałem – nie mogę pozwolić, aby Sakura kiedykolwiek czuła się tak, jak Naruto teraz. Ona by tego nie wytrzymała.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Koniec z tym. Koniec z bezczynnym trwaniem w Konoha.
Czas na podróż do Koryntu.
***
Dyara
Bezczelny gnój…
Nie chciałam w to uwierzyć. Nie chciałam uwierzyć  w to, co jeszcze godzinę temu rozegrało się przed moimi drzwiami.
Szybko wstałam z łóżka i założyłam skarpetki. Raito wziął Rina za rękę i wyszedł, a ja w tym czasie wyjęłam z szafy kurtkę i buty. Ubrałam się szybko, zdążywszy jeszcze związać włosy gumką i znalazłam się na korytarzu. Zeskakiwałam po kilka schodków, cudem się nie wywracając, po czym będąc już na dole pobiegłam do kuchni, gdzie stał Raito, rozmawiający z Mirvą.
- Przypilnuj go przez jakiś czas, dobra? Musimy wyjść – mówiąc to, przeszukiwał namiętnie kieszenie swojej kurtki. Był czymś bardzo zdenerwowany i nie byłam do końca pewna powodu jego zachowania.
- Jasne, jasne! Będziemy się świetnie bawić! – krzyknęła jak się okazało nadal Miranda, klaszcząc przy tym w dłonie. Nie byłam matką, ale wydawało mi się, że zostawienie Rina z niepełno sprytną psychicznie kobietą nie było dobrym rozwiązaniem.
- Wielkie dzięki – sapnął Yamura. Widocznie nie znalazł tego, czego szukał, gdyż przeklął coś pod nosem, a ja właśnie wtedy sięgnęłam po jabłko.
- Postaramy się wrócić jak najszybciej – mruknęłam, wycierając owoc o koszulkę.
- Oj nie krępujcie się! Wszystko będzie w porządku – uśmiechnęła się i pokazała nam swój kciuk uniesiony do góry.
- Hmpf – wydostało się z moich ust. Popatrzyłam na Rina, który przytulał do piersi zeszyt i był chyba lekko zdezorientowany.
- Czyli co? Zostawiacie mnie? – spytał, chyba niekoniecznie będąc zadowolonym z tego wszystkiego.
- No tak wyszło, wiesz. Sprawy dorosłych – rzuciłam.
- Ale nic się nie stało, tak? Wrócicie?
- Jasne, że tak – wysiliłam się na uśmiech, chcąc zyskać trochę w oczach chłopca. Ten popatrzył na mnie spod byka i już wtedy wiedziałam, że mój cel będzie trudny do zrealizowania.
- Ty nie musisz, jesteś wredna – dodał, gdy byłam już przy wyjściu z kuchni. Zatrzymałam się, nakleiłam na usta sztuczny uśmiech i odwróciłam się do niego.
- Pamiętaj, że cię lubię – puściłam do niego oczko i nie chcąc widzieć reakcji na swoje żenujące zachowanie, ruszyłam do holu. Zaraz po Raito weszłam do przedsionku i nałożyłam na szyję czerwoną chustkę. Miranda zabierała właśnie Rina na górę, a ja przypomniałam sobie, że zostawiłam jabłko na blacie – poczekaj – mruknęłam i zniknęłam z pomieszczenia. Szybko złapałam owoc i w tym momencie usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Właśnie miałam zamiar pomyśleć o tym, kto mógłby przychodzić do nas akurat dziś, gdy nasz gość mnie uprzedził.
- Czeeeść Raitooo! – damski, wysoki pisk przeszył powietrze, a ja zdecydowałam się nie wychodzić z kuchni. Zbliżyłam się jedynie do wyjścia, aby lepiej słyszeć to, co działo się w przedsionku.
- Co ty tu robisz, Lili? – syknął cicho.
- No byliśmy dzisiaj umówieni, kochanieńki! Jak w każdy czwartek, zapomniałeś? – zaświergotała – do tego musisz zapłacić mi dziś za cały miesiąc i – kobieta przerwała, a słyszałam już tylko stłumione pojękiwania. W moim umyśle zapaliła się czerwona lampka. Za co on miał jej niby zapłacić? Jakie spotkania co czwartek?
- Wynoś się – warknął, a ja wyszłam na hol – jesteś bezczelna, przychodząc tutaj.
- Kim pani jest i co robi z moim chłopakiem? – spytałam, kładąc nacisk na ostatnie dwa słowa, po czym ostentacyjnie ugryzłam jabłko, opierając się bokiem o futrynę.
- Nazywam się Liliana – odparła zadowolona z siebie wymalowana ruda lafirynda – i jestem dziewczynką do towarzystwa – uniosła oczy do góry i uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zatkało mnie.
- Nie wiem, kim pani jest – powiedział rzeczowo Raito – proszę stąd wyjść, to teren prywatny.
- Hahahahahha! – kobieta zaniosła się histerycznym rechotem, ale tylko jej było do śmiechu.
- Proszę powtórzyć, kim pani jest – szepnęłam cicho, wpatrując się podłogę, gdy ta się uspokoiła.
- Ja w przeciwieństwie do mojej dziewczyny, nie mam zamiaru pani słuchać, żegnam – warknął chłopak i otworzywszy drzwi, wypchnął kobietę z domu – proszę nas więcej nie nachodzić.
- Stój – zatrzymałam drzwi ręką, odłożywszy jabłko i ponownie spojrzałam na niską, rudowłosą kobietę – chcesz mi powiedzieć, że jesteś dziwką wynajętą, przez tego oto mężczyznę? – zadałam to pytanie nad  wyraz spokojnie, bo nie mogłam uwierzyć w to, co się właśnie działo.
- Tylko nie dziwką! – obruszyła się.
- Koniec tego przedstawienia – syknął Raito, zamykając drzwi.
- Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałam, a moje oczy zaszkliły się. Znał jej imię, wiedział kim była.
- Uwierzyłaś jej? – starał się wyglądać na zdegustowanego, lecz średnio mu to wyszło. Złapałam się za głowę i oparłam o ścianę. Raito wynajął dziwkę i sprowadził do mojego domu… Przepchnęłam go, otworzyłam drzwi i wybiegłam na dwór.
- Zaczekaj! – krzyknęłam do kobiety, która zdążyła już trochę przejść. Ta zatrzymała się, a ja podbiegłam do niej i złapałam za barki.
- Czego? – rzuciła niedbale, nadal obrażona.
- W którym miejscu Raito ma bliznę? – spytałam. Jeśli odpowie źle, będę skłonna mu uwierzyć, lecz jeśli…
- Ma ich dużo – fuknęła.
- Tę największą – warknęłam i potrząsnęłam nią.
- Pod żebrami po prawej stronie. Ciągnie się od obojczyka prawie do biodra – po tych słowach wyswobodziła się z mojego uścisku i odeszła, lecz ja stałam nadal z wyciągniętymi rękoma - Pamiętaj, Yamura! Wisisz mi kasę za cały miesiąc! – krzyknęła, odwróciła się na pięcie i po chwili zniknęła za zakrętem. Czym zawiniłam, że znalazł sobie inną? Co zrobiłam źle?
- Dyara – chłopak zamknął dom i podszedł do mnie. Opuściłam zdrętwiałe ręce, nie mogąc tego wszystkiego pojąć. Zdradził mnie i to nie raz. Zacisnęłam pięści z wściekłości. Okłamywał mnie przez co najmniej miesiąc, nadal sypiając ze mną. Nie, nie, nie!
- Czy robiliście to w moim domu? – zadałam to pytanie cicho, jakby podświadomie nie chcąc usłyszeć odpowiedzi.
- Tylko raz - tylko raz… Więc było ich więcej… Nie odzywaliśmy się do siebie. Stałam do niego tyłem, a moja złość rosła z sekundy na sekundę.
- Nienawidzę cię – warknęłam, znikając w obłokach dymu.
Pojawiłam się przed szpitalem. Weszłam do środka i spytawszy gdzie leży Hinata Hyuuga ruszyłam we wskazaną stronę. Raito wiedząc, gdzie będę również przeniósł się do szpitala. Biegł za mną, lecz ja niewzruszenie parłam do przodu, nie chcąc patrzeć za siebie. Okłamał mnie…
Zignorowałam plującą się na mnie pielęgniarkę, którą po chwili uspokajał Raito i dalej szłam przez korytarz. Skręciłam i ujrzałam Sasuke, Shikamaru, Choji’ego, Tenten i Ino, którzy w ciszy siedzieli, oczekując.
- Urodziła już tego cholernego bachora? – warknęłam, siadając pod ścianą, gdy doczekałam się jedynie kpiącego spojrzenia brata.
- Cześć wszystkim – przywitał się Raito i przykucnął obok mnie – nie możesz się tak zachowywać – mruknął cicho.
- Jeśli masz zamiar mnie teraz pouczać, to równie dobrze możesz stąd iść – warknęłam, chcąc, żeby zniknął mi z oczu. Nienawidzę go.
- Mam zamiar cię pouczać, nie wychodząc stąd – odparł, splatając dłonie.
- Twoje niedoczekanie, zdrajco – syknęłam.
- Aaaaaaaa! – zza drzwi przebił się krzyk Hinaty. Gdybym mogła, zrobiłabym dokładnie to samo. Miałam ochot krzyczeć, płakać, wyżyć się na kimś. Kimś czyli Raito.
- Nie od tego jesteś – syknęłam, popychając go lekko, przez co upadł na podłogę.
- Mam dość twoich humorów – fuknął, podnosząc się.
- Doprawdy? – zakpiłam. On miał dość… Był żałosny.
- Ehh – westchnął.
- Walizka jest pod łóżkiem, twoje pranie wisi na suszarce, a resztę ubrań pochowałam do szafy. Moim zdaniem wszystko ci się zmieści – warknęłam, również wstając – no idź, na co czekasz? – założyłam ręce na piersi – łaski bez, Yamura – zmrużyłam oczy, całkowicie zapominając, gdzie się znajdowałam. To ja zostałam zdradzona. To ja zostałam okłamana. Miałam prawo zachowywać się tak, jak mi się podobało.
Potem wpadł Naruto, robiąc spore zamieszanie, a ja ponownie rzuciłam w stronę Raito oskarżenia, po czym wstałam i wyszłam, nie chciałam na niego patrzeć.
Teraz było mi zimno. Stałam tu już z dwie godziny i nie miałam najmniejszej ochoty wchodzić do środka. Jedynym argumentem, którzy wpłynął na moją decyzję była perspektywa znajdującego się tam ciepła. Tak też niechętnie zeskoczyłam z dachu szpitala na chodnik, po czym podążyłam do wejścia. 
Uratuje cię tylko spokój. Żadnych łez, żadnych kłótni, żadnych próśb. Tylko spokój - myślałam. Tak też starałam się działać i właśnie to wpajałam sobie przez ostatnie sto dwadzieścia minut.  Automatyczne drzwi otworzyły się przede mną, a wzrok recepcjonistki zawisnął na mojej sylwetce. Rzuciłam jej chłodne spojrzenie, mijając jej stanowisko, po czym znalazłam się w korytarzu. Następnie skręciłam w lewo i trafiłam w miejsce, gdzie jeszcze niedawno kłóciłam się z Raito. Okłamał mnie - przeleciało mi przez głowę - nie potrafię mu wybaczyć.
Siedzenia były puste, nigdzie nikogo nie było. Potarłam dłonie, które skostniały mi z zimna, po czym uchyliłam drzwi sali, w której wcześniej leżała Hinata. Tutaj również przywitała mnie pustka. Zdziwiona powróciłam na korytarz. 
- Przepraszam - zagadnęłam pielęgniarkę, której oczy miały ochotę wyskoczyć z orbit, gdy zobaczyła znak mojego klanu na plecach. Ehh, nic nowego. 
- Tak? - wyjąkała, o mało co nie upuszczając trzymanych dokumentów.
- Gdzie leży Hinata Hyuuga? – nerwowo poprawiła okulary i odchrząknęła.
- W sali numer piętnaście, na drugim piętrze – skinęłam jej głową, po czym wzrokiem poszukałam schodów. Znalazłszy je wczłapałam  się na górę, stając po chwili w długim korytarzu, gdzie również wiało pustką. Gdzie byli pacjenci, zabiegani zawsze lekarze i pielęgniarki, które zawsze mają coś do powiedzenia?
Mój wzrok spoczął na automacie do kawy. Dopadłam do niego, szukając w kieszeniach spodni drobniaków.
- Uff – odetchnęłam, wyczułam pod palcami małe, owalne kształty.
Wrzuciłam monety w otwór i kliknęłam w przycisk, który jednoznacznie mówił mi, że za chwilę powinnam mieć przed sobą kawę z podwójnym mlekiem. Maszyna zaczęła głośno pracować, a ja ponownie rozejrzałam się i tym razem ujrzałam już męską sylwetkę na końcu korytarza. Kawiarka zapiszczała, a ja sięgnęłam po plastikowy kubek, aby ujrzeć tam jedynie … gorącą wodę. Spojrzałam na mały wyświetlacz, na którym wyskoczył komunikat: awaria.
- Złośliwość rzeczy martwych… - fuknęłam i podążyłam w stronę mężczyzny. Już po kilku krokach wiedziałam, że to Sasuke. W ciszy podeszłam do niego i usiadłam obok. Przez chwilę w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy, a ja całkowicie skupiłam się na ostudzeniu wrzątku do takiego stopnia, aby dało się go przełknąć.
- Hmpf – mruknął Sasuke, patrząc na mnie.
- No co? – zmrużyłam oczy.
- Nic – westchnęłam na jego słowa. Inteligentne rozmowy z bratem na poziomie zawsze mile widziane.
- Coś mnie ominęło? Dlaczego jest tu tak pusto?
- A no tak, ty nic nie wiesz – i na tym  poprzestał. Czekałam minutę, dwie, trzy. A z jego strony nadal nic.
- Powiesz mi coś więcej? – rzuciłam, nadal starając się oziębić wodę.
- Zobaczę…
- Sasuke!
- No już, nie pluj się – przeczesał sobie ręką włosy, po czym wsparł się na kolanach, pochylając się do przodu.
- Hinata zapadła w śpiączkę. Dziecko jest zdrowe, to dziewczynka i ma na imię – zaciął się na moment – Sheri, Chari, czy jakoś tak.
- Jak to zapadła w śpiączkę? – z zaskoczenia o mało co się nie poparzyłam.
- Powikłania poporodowe – odparł, wstając.
- Co robisz?
- Czekałem tu na ciebie, żeby w końcu porozmawiać z Naruto – westchnął. O nie wierzę. Mój braciszek naprawdę się mną zainteresował – wiem, że to nie najlepsza chwila…
- To najgorsza z możliwych – odparłam, mając całkowitą rację. Co za dzień. Najpierw Raito, potem… STOP! Musiałam przestać o tym myśleć. Natychmiast.
- Nieważne.
- Egoista – żachnęłam się.
- Odezwała się – odbił piłeczkę, uchylając drzwi z numerem piętnaście.
- Gdzie są wszyscy?
- Każdy kto nie zalicza się do personelu, bądź nie jest pacjentem, został zmuszony opuścić szpital – mruknął.
- A my? – upiłam łyk gorącej wody. Kafejka full serwis.
- A my jesteśmy Uchiha. Nikt nie będzie nas znikąd wypraszał.
- Święta racja, braciszku.
Po tych słowach oboje weszliśmy cicho do ciemnej, przestronnej sali. Za oknem już dawno zaszło słońce, a wszystkie światła w środku zostały zgaszone. Hinata leżała na jedynym w tym pomieszczeniu łóżku okryta białą pościelą, a Naruto siedział na krześle obok, trzymając ją za rękę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tu byliśmy, lecz nie miał zamiaru się odzywać. Staliśmy więc tak w ciszy oparci o ścianę, wsłuchując się w miarowe pikanie maszyny, trzymającej kobietę przy życiu.
- Naru…
- Wszystko jest gotowe – przerwał mi, nadal się do nas nie odwracając – rozmawiałem z Mirvą, dlatego się spóźniłem – wzięłam głęboki oddech. Chwila, przecież Mirva/Miranda była wtedy u nas w domu. Chyba, że był to jej klon – wasze odejście jest mi jak najbardziej na rękę. Sami wiecie, jak wielkie zapanowało zamieszanie. Korzeń zaczyna się mobilizować, a ja nie mam aż tylu ludzi, aby przydzielić wam ochronę. Mieszkańcy też nie bardzo wiedzą, co o was myśleć, a niektórzy shinobi mają do mnie wielkie pretensje. W końcu nie zostaliście w ogóle ukarani za to, co zrobiliście. Rozumiecie, że nie mogę puścić wam tego płazem – opuścił głowę, a mój żołądek wywinął fikołka – To, czego najbardziej potrzebuję chwilowo jak Hokage, to wasza nieobecność w Konoha. Wszystko musi się uspokoić, a ja skupić się na pracy i – urwał – i córce.
- Naru…
- Wyruszacie jutro. Wy, Mirva i Raito. Powinienem dać wam obstawę, lecz szczerze wam powiem, że za nic tego nie zrobię. To, to wasze problemy. Nie moje. Mój największy leży właśnie przede mną – pogładził dłoń Hinaty, w którą wbity był wenflon. Ponownie dziś zrobiło mi się przykro.
- A Sakura? – wyrwał się Sasuke, zakładając ręce na piersi.
- Zostaje – odparł twardo Uzumaki, nadal nie zaszczycając nas spojrzeniem.
- Chyba żartujesz – warknął Sasuke, obdarzając plecy blondyna zabójczym wzrokiem.
- Czy ty nie widzisz, co się dzieje? – niespodziewanie odwrócił się do nas przodem, a na jego twarzy wymalowane było jedynie cierpienie.
- Widzę.
- Więc nie rozumiem twojego sprzeciwu.
- Chyba nie chcesz, żebym niechcący zginął przez moment nieuwagi, bo będę zastanawiał się, co dzieje się z Sakurą – warknął – jak ty to sobie wyobrażasz?
- Słuchaj, Uchiha – Naruto westchnął, lekko się garbiąc – mam tego wszystkiego dość. Nie sprawiaj mi dodatkowych problemów.
- Przez całe życie powtarzałeś mi, że jestem twoim przyjacielem. Nie pozwól mi czuć się tak, jak ty teraz – po tych słowa w pomieszczeniu zapanowała ciężka cisza, a ja miałam wrażenie, że jedynie przeszkadzałam.
- Zawsze możesz wezwać Tsunade, nie odmówi – powiedziałam cicho. Blondynka trzy miesiące po wojnie ponownie wyemigrowała z Konohy, oddając się sztuce hazardu. Lecz co to za problem ją znaleźć?
- Nie mam do tego głowy.
- To zacznij mieć – rzuciłam – i przestań się nad sobą użalać. Też nie jestem w siódmym niebie. Ja i moje dwie najbliższe osoby umierają, lecz stopniowo, jakbyś nie zauważył – postąpiłam krok do przodu – miej to na uwadze. Nie tylko ty jesteś tu poszkodowany.
Znów nastała cisza, a była tak gęsta, że można było kroić ją nożem.  Naruto głęboko się nad czymś zastanawiał, a Sasuke z grobową miną stał cały czas w tej samej pozycji.
- Wyszczekana się zrobiłaś – mruknął cicho, robiąc młynek palcami.
- I co w związku z tym?
- Idźcie. Idźcie i weźcie ją ze sobą. Weźcie, co chcecie, ale zniknijcie z Liścia. Na teraz stwarzacie same problemy. Ninja nie chcą już chronić was przed Korzeniem i powoli zaczynają ignorować moje wezwania. Mówię to jako Hokage, a nie jako wasz przyjaciel, miejcie to na uwadze – wstał niespodziewanie i podszedł do okna. Jego płaszcz zaszeleścił cicho, a sam Naruto wydawał się bardzo zmęczony, co tylko postarzyło go o kilka lat.
- Raito nie musi z nami nigdzie iść – powiedziałam, chcąc mieć to już za sobą. Niech się dzieje wola nieba.
- Jak to? – popatrzył na mnie dziwnie.
- Niech zostanie w Konoha. Dodatkowa para rąk do pracy zawsze się przyda.
- Nie, on akurat jest mi tu zbędny. Ludzie kojarzą go z wami, więc nikt mu nie zaufa – to zdanie mnie rozjuszyło. Już dość się wycierpieliśmy, co on chciał tym osiągnąć? Udowodnić nam, że nasza wioska już nas nie chce?
- Zastanawiam się, nad tą eskortą dla was. Męczy mnie to, że jednak pójdziecie sami… Rada może się nie zgodzić – Uzumaki znów zamknął się w swej krainie kontemplacji, a ja kątem oka spojrzałam na Sasuke, który patrzył się na mnie przenikliwie – postanowione – odwrócił się do nas – jutro o dwunastej przyślę wam kogoś z listem i moją pieczęcią na nim. Rozmawiałem już z Shikaku i Inoichi’m o tej całej waszej eskapadzie. Wnioski związane z waszą chwilową emigracją, również jutro pojawią się razem z posłańcem. Wszystko jest już w zasadzie zrobione, prócz niezamkniętej kwestii eskorty.
Zapatrzyłam się w nocne niebo poprzetykane gwiazdami, których blask odbijał się od szpitalnego okna. Moje myśli galopowały w zastraszającym tempie w stronę niedalekiej przyszłości. Jutro opuszczę Konohę... Ruszyłam do przodu i zatrzymałam się dopiero przy łóżku Hinaty. Pochyliłam się i pocałowałam ją delikatnie w czoło. Wyprostowałam się i podeszłam do Naruto,  po czym ścisnęłam jego ramię w geście wsparcia. Kiwnęłam na niego głową, z szacunkiem należnym Hokage, po czym nie odwracając się za siebie opuściłam szpitalną salę.
Znów zostałam zmuszona do tego, aby obrać sobie nowy cel i osiągnąć go mimo wszystko. Sasuke powrócił do wioski, zmienił się i z powrotem stał się moim dawnym, starszym bratem. Itachi również przez pewien, krótki czas był w Liściu. Uregulował tu swoje sprawy i ponownie zniknął, chcąc żyć z dala od świata, który pozbawił go prawie wszystkiego. On jednak zawsze był przy mnie – jeśli nie ciałem, to duszą.

Osiągnęłam dawny szczyt swoich marzeń. Rodzeństwo Uchiha – znienawidzone, ze zbrukanym honorem -  pogodziło się, ale co z tego, jeśli wisi nad nami klątwa śmierci? Paradoks, goni paradoks, a los nie jest skory nam odpuścić. Ile jeszcze będziemy zmuszeni do walki o wolność od kajdan przeznaczenia, aby osiągnąć wymarzony spokój?
*** 
Ohayo.


Tak...
Rozdział nie powinien was zanudzić. Jako jeden z niewielu naprawdę przypadł mi do gustu. Jest smutny i dość melancholijny, czyli napisany całkowicie w moich klimatach. Widzicie, jak długo można się rozwodzić nad sobą? - patrz Saska. Tak, mogę tak jeszcze dłuuugo, ale po co was aż tak zamęczać, prawda?
RaiDya uległo praktycznie rozpadowi. Nie było to planowane, a zawdzięczacie to wszystko Wiśni, który nakłonił mnie do tego, gdy byłam zmęczona i ... BUM. Wiśnia, wiem, że jesteś w siódmym niebie, ale ja w głębi siebie, tam w serduszku to troszkę rozpaczam xd ale to innym razem.
Nasza historia w Konoha prawie definitywnie już zakończyła się. Ruszamy na Korynt! Ohh yeah! Macie jakieś przypuszczenia co do tego, czego możecie się tam spodziewać? ;> Jeśli tak, to chętnie je poznam :3
Rozdziały będą wychodziły rzadko. Jestem zawalona nauką, a treningu również mnie wykańczają. Czasem jest tak, że w tygodniu w ogóle nie tykam się mojego komputerka. So sad ;/ Czekam na wasze opinie, apropo tej notki "pełnej zwrotów akcji", hyhyhy.

Bywajcie ;)

17.12.2013r
Nie mam pojęcia, co wam powiedzieć.
Oczy mi się kleją ._.

8 komentarzy:

  1. Heej;-) dyara mnie na początku nieco zirytowala, ale gdy dowiedzialam się o co chodziło to w 100% się zgadzam z nią! I szczerze mówiąc nigdy za Raito nie przepadalam. Przemyślenia Sasuke genialne i te powazne, i te mniej;-) przy okazji świetne poczucie humoru:-D tylko czy nasze kochane rodzenstwo nigdy nie zechce mieć takiego malucha? Bo póki co to oni chyba dzieci nie lubią. Oczywiście kocham paring sasusaku, a stosunek Sasuke do niej kompletnie mnie zauracza! Co rozdział na nowo:-D. I jej zachowanie jest również bardzo naturalne, nie irytujace, jak w wielu opowiadaniach;-) szkoda tylko, że było ich tak mało dzisiaj razem, ale rozumiem, że były wazniejsze wydarzenia do opisania. Zdecydowanie wolę jak piszesz z perspektywy Sasuke :-) no i czekam na kolejne mile przytulance po tej ciężkiej dobie w szpitalu;-) przepraszam za brak ładu i składu, ale jest już późno ;-) podsumowując nieeee mooooge się doczekać kolejnej notki, duuuzo weeny i czasu życzę, pozdrawiam hayley:-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ohayo ;)
    Kwestia młodego Uchihy powiadasz? xd może, kiedyś, coś :> szczególnie chciałam dopieścić przemyślenia Sasuke i miło, że ktoś to docenił ;)
    Sasusaku w kolejnym rozdziale będzie specjalnie dla ciebie, możesz być spokojna xd wenę mam, ale co z tego, jeśli brakuje mi czasu? :/ aczkolwiek postaram się napisać notkę jak najszybciej :)
    Pozdrawiam i baaaardzo dziękuję za komentarz <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja tak kocham Sasuke w ojcowskiej wersji, że nawet sobie nie wyobrazasz! No i małe dzieci zawsze spoko:-D taak, wiem na to co się kocha, brakuje doby niestety:-/ mi brakuje jej czasem na czytanie, bo wieczorem zapadam w sen praktycznie od razu, a co dopiero wam na pisanie... W takim razie, czaaasu życzę ;-) hayley

      Usuń
  3. Nie powiało nudą, Shee.
    Było dużo smutku, szkoda mi Uzumakiego, ale ani trochę go nie lubię. Nie zachowuje się jak... Naruto, a Dyara jest strasznie złośliwa. Ale to dobrze. To dobrze, że wykreowane przez ciebie postacie mają tak wiele wad. Zawsze to mnie denerwuje w książkach i filmach. Ta perfekcyjność, lojalność i oddanie, a przecież nie każdy człowiek składa się z samych zalet. U ciebie są wyraźnie zarysowane wady, przez co całość wydaje się bardziej realna. Inna od mangi Naruto, w której i tak na końcu wszystko dobrze się kończy.
    Raito ci nie wybaczę do końca świata, mendo! Nigdy! I odbije się to na moim podejściu do ciebie na ASW - zapamiętaj to XD. Ja nie wiem, ale sonda wykazała wyraźnie kto ma być z Dyarą. Jak mogłaś zrobić z Raita taką pospolitą świnkę? Wspominam sobie jego wszystkie chwile z Dyarą w pierwszej serii i aż nie chce mi się wierzyć, że tak postąpił. Foch forever, sis. Ale przyznam, że pomysł niezły i znów urealniający opowiadanie. W końcu nawet w Naruto mężczyźni mają słabość do kobiet i nie tolerują zbyt dużych pokładów złośliwości, jak to musiało być w przypadku Dyary i Raita.
    Lubię Dyarę. Zrobiłaś z niej trochę przesadzoną buntowniczkę, ale czasami ma interesujący sposób myślenia, taki oryginalny. Choć raz na jakiś czas wydaje mi się, że przesadza w tych swoich złośliwościach. Lubię z kolei jak rozmawia z Sasuke, był tu taki moment, w którym powiedział jej, że Uchihów nie wyproszą ze szpitala <3 Cha, tu mnie masz!

    Ta, i pozdrów tą/tego Wiśnię.
    Teraz mam doła. A ja ci doradzałam, i co? Raito stał się nagle dziwkarzem :< Niewybaczalne!

    A na koniec przyczepię się jeszcze do opisów po dialogach, bo wciąż mam wrażenie, że jest ich zbyt wiele. Każdy dialog kończysz opisem, nie mówię tu o wspomnieniu, kto się odezwał, ale dodajesz dodatkowe, czasami zbędne przemyślenia, które owszem, niekiedy mnie bawiły, ale w końcu zaczęły niepotrzebnie przeciągać akcję.

    No, Shee! Skomentowałam.
    Wierzę, że skoro masz wszystko obmyślone, zaskoczysz nas swoją wyobraźnią! Przynajmniej nadrobiłam rozdziały. I czekam na więcej (SasuSaku) xD Kurczę, no, RaiDya już się skończyło i... Bu! Idę płakać i postawić Raitowi pomnik.

    Tak, wykuję w rzeźbie podpis, że był dziwkarzem.
    Ale zajedwabistym dziwkarzem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mogę tu napisać nawet 1000 komentarzy byle byś dodała notke :-D hayley

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah xD
      Dobrze wiedzieć, że mam w tobie takie wsparcie :D nawet nie wiesz, jak się cieszę ;)
      Jeśli to czytasz, to napisz do mnie na gg. Mam do ciebie sprawę :>

      Usuń
    2. Napisze na maila ;-) hayley

      Usuń
  5. Dlaczego zamordowałaś Nejiego? Co on ci złego zrobił? To był jeden z nielicznych momentów w mandze w którym się poryczałam, a ty mi to przypomniałaś. Jesteś okrutna ;P Oczywiście muzyka dobrana jak zawsze świetnie, a ta z snk to mi się tak spodobała, że nie byłam w stanie skupić się na czytaniu, tylko zanurzyłam się w morzu nut. Bardzo mi się podoba że przywróciłaś Saskowi emocje, których tak bardzo mi zawsze brakuje. Ale jakoś mnie nie ruszyło, że Raito zdradził Dyarę, bo mi to oni od zawsze do siebie nie pasowali. On był taki miły i fajny a ona to zawsze taka humorzasta, za przeproszeniem, sucz. Nic dziwnego, że ją porzucił. Ja na miejscu chłopaka też bym nie wytrzymała z taką dziewczyną co wiecznie zachowuje się jak wrzód na tyłku. Hmm, nawet trochę tego wyszło. Ale nie zrażaj się w żaden sposób moim komentarzem, bo jak już nie jeden raz to podkreślałam bardzo mi się podoba twoje opowiadanko. Więc pisz dalej. Życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń