piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział XXXIV

Dyara

Rolety, tak. Ten cud techniki muszę zamontować sobie w domu. Nie ma innej możliwości. Powoli i delikatnie wyplątałam się z objęć Raito, który śpiąc jak zabity w ogóle nie zauważył mojej pobudki. A może to i dobrze...? Ta dziwna akcja wczoraj, wytrąciła mnie trochę z równowagi, a zauważyłam to dopiero teraz, bo wieczorem włączył się mój zwyczajowy system obronny - ignorancja wszystkiego co nie pasuje, na rzecz skupienia się na jednej niezwiązanej z tym czynności. Padło na sen i była to najlepsza rzecz, którą zrobiłam wczorajszego dnia. Wstałam z łóżka, przeciągając się. Nagle  usłyszałam głośne burczenie i natychmiast złapałam się za brzuch, w którym właśnie trwała walka porównywalna do wojny, która miała wybuchnąć na dniach.
Westchnęłam i ignorując ból, przykryłam śpiącego chłopaka kołdrą, którą niechcący mu zabrałam. Rozejrzałam się po pokoju i na stoliku przy wejściu zobaczyłam dwie kupki ubrań. Zaintrygowana zbliżyłam się do nich, aby zobaczyć leżącą obok karteczkę z napisem:
Widziałem, że prawie nie mieliście ze sobą bagaży, więc kazałem zabrać kilka rzeczy z twojego domu i przynieść tutaj. Dla Raito też udało mi się coś znaleźć. 
Jak tylko będziecie gotowi, wyjdźcie na korytarz, ktoś powinien tam na was czekać.

Naruto Uzumaki, Hokage Wioski Ukrytej w Liściach
Karteczka była wytworniejsza niż z początku mi się wydawało, a stempel na jej końcu wywołał wspomnienia z czasów pierwszych misji, gdy to Ebisu zawsze otrzymywał rozkazy, do których my nigdy nie mieliśmy dostępu. Widok tej pieczęci nie był przeznaczony dla naszych oczu, ale... Uchiha nie da rady podkraść dokumentu i zobaczyć tego jednego elementu? Uchiha może wszystko. Nie znam powodu zatajania tego stempelka do dzisiaj, hmmm...
Szybko wzięłam prysznic i wreszcie umyłam włosy. Myślałam, że zwariuję z tą brudną głową! Narzuciłam na siebie ubrania przyszykowane przez ludzi Naruto, a gdy to zrobiłam podeszłam do łóżka, nie mogąc oderwać wzroku od śpiącego chłopaka. W pokoju nadal panował półmrok, gdyż światło znalazło drogę do środka, pomimo zbawczych rolet, a spadało ono akurat na twarz Yamury, który dosłownie rozwalił się na materacu i nawet gdybym chciała, nie znalazłabym teraz dla siebie miejsca. Coś mi tu nie pasowało, tylko do końca nie wiedziałam co. Miałam jakieś dziwne wrażenie, że będzie lepiej, gdy tego nie odkryję a po prostu zignoruję, lecz...
Punkt pierwszy - musiałam coś zjeść. Punkt drugi - dowiedzieć się, co tu się do cholery dzieje. Potrząsnęłam głową, chcąc odpędzić niechciane myśli, po czym sprawdziłam czy mam kaburę przypiętą do uda, a miecz na plecach. Ruszyłam do drzwi. Katana, właśnie. Powinnam dzisiaj dokładnie ją wyczyś... Dłoń zacisnęłam mocniej na klamce, gdy przez lekko uchylone drzwi, światło wkradało się do naszej sypialni. Stałam w bezruchu nie mogąc się ruszyć, gdy razem ze światłem pokazał się cień. Cień sylwetki człowieka, którego nie chciałam znać. Natychmiast zamknęłam drzwi, opierając się o nie własnym ciałem. Oddech mi przyspieszył, a ręce przestały wykonywać polecenia.
- Dyara - odezwał się Kiba, ledwo słyszalnym głosem. Nie odpowiedziałam mu, nie byłam w stanie - Dyara. Wiem, że tam jesteś - westchnął. Mimo, że jedynie się całowaliśmy, dla mnie to było coś. Tylko raz go do siebie dopuściłam, a tej samej nocy on mnie zdradził. Ha! Jego widok od razu przywoływał mi przed oczy Radę, a wyobraźnia ich śmierć - Dyaraaa - przeciągnął ostatnią samogłoskę mojego imienia, a ja wróciłam ze swoich zabójczych fantazji do teraźniejszości, gdzie znów byłam słaba i bezbronna nie fizycznie, lecz psychicznie. Powoli obróciłam się w stronę drzwi i delikatnie dotknęłam zimnej klamki. Z kilkusekundowym wahaniem nacisnęłam ją i uchyliłam drzwi na kilka centymetrów.
- Czego chcesz? - warknęłam, mając nadzieję, że zabrzmiało to groźnie. Myślę jednak, iż zamiast ryku lwa, wyszedł mi psi pisk.
- Porozmawiać - powiedział cicho, opierając rękę na futrynie, przez co automatycznie zrobiłam krok do tyłu. Mój system obronny zaczynał szwankować. Wszystko co zdążyłam wyrzucić z pamięci, wmówić sobie, że Kiba zawsze był dla mnie nikim a do żadnego pocałunku nie doszło, zaczynało powoli wsączać się do mojej świadomości z niekrytym nastawieniem ujawnienia niechcianych wspomnień.
- O czym? - spytałam po dłuższej chwili, zamykając oczy.
- O nas - odparł i chyba właśnie chciał uchylić drzwi.
- Nie ma żadnych nas - udało mi się wyzwolić z siebie unikatowe warknięcie godne wygłodniałego psa, któremu przed oczami postawiono dawno wyczekiwaną ofiarę.
- W takim razie o mnie - wskazał palcem na siebie - i o tobie - skierował go na mnie.
- Nie chcę cię widzieć, co dopiero z tobą rozmawiać - prychnęłam wściekle, uaktywniając sharingan'a. W jego spojrzeniu przez chwilę gościł strach, który niestety po kilku sekundach zniknął.
- A może jednak? - mruknął żałośnie, cały czas nie spuszczając mnie czujnego wzroku.
- Jesteś tego pewien? - warknęłam, po czym wdarłam się do jego umysłu, pokazując swoje ostatnie dni. 
Samo pojmanie, którego był jeszcze świadkiem. To, jak czułam się moment po obudzeniu, gdy wcześniej ktoś otumanił mnie za pomocą Rieeli. Raito, śmierć Sai'a oraz jego kompanów i ucieczkę. Widok umierającej Sakury i atak w lesie na grupę pościgową. Dom oraz samą Imrin i twarz Itachi'ego. Moment, gdy zatrzymałam walczących braci, padając później z wycieńczenia. To jak obudziłam się w kwaterze Sasuke. Sakurę, która z ledwością mogła oddychać. Kłótnię z bratem, gdzie i ja zostałam obdarzona nie swoimi wspomnieniami. Znów Raito i stołówkę. Wściekłość chłopaka i moje tułanie się bez celu, a na samym końcu ponad dziewięciogodzinny powrót do Konohy biegiem. Nie pokazałam mu nic, co mogłoby popsuć plany wioski, jedynie pobieżnie dałam mu wgląd do swojej przeszłości. Starałam się wlać w to genjutsu wszystkie moje odczucia, które towarzyszyły mi podczas tych zdarzeń. Ból, strach, nienawiść i lęk. To wszystko prawie nigdy nie opuszczało mnie na krok. Jak się teraz czujesz Kiba? Potrafisz postawić się na moim miejscu?
- Dyara, ja nie miałem wyboru - powiedział twardym tonem, lecz potrafiłam wyczuć w nim trochę niepewności.
- Zaszantażowali cię, biedaku? - otworzyłam drzwi i podeszłam do niego bliżej.
- Tak, ale...
- Nie przerywaj mi, kiedy do ciebie mówię - warknęłam - siostra, tak? Nie odpowiadaj - chwila ciszy nastała między nami, gdy próbowałam pozbierać myśli do kupy - zniszczyłeś wszystko, na co pracowałam przed ponad sześć lat. Dla ludzi w wiosce jestem nukein'em. Kolejnym standardowym Uchihą zbiegiem - prychnęłam, wyciągając przed siebie palec, aby przekaz bardziej dobitnie do niego dotarł - jestem nawet gorzej niż nikim. Jestem dla nich zdrajcą, choć w rzeczywistości wcale tak nie jest! - pchnęłam go do tyłu, wychodząc na korytarz - zrobiłeś ze mnie śmiecia, rozumiesz? ŚMIECIA! - Kiba zatrzymał się na ścianie, a ja ponownie się do niego zbliżyłam - olać mój ból. Olać to wszystko, co musiałam robić po ucieczce z Konohy. Z jednej strony może nie spotkałabym brata? – udałam zamyślenie - może nie zobaczyłabym Raito raz jeszcze po tylu latach? To wszystko jest bardzo możliwe, wiesz?! - nasze twarze dzieliły centymetry, a w moich oczach zaczęły pokazywać się łzy - ale miałabym to wszystko na co tak długo pracowałam. Miałabym spokój u boku Sakury. Chciałam być zwykłą kunoichi z Liścia, to tak wiele?! - spuścił wreszcie wzrok, nie mogąc na mnie patrzeć - głupio ci teraz, tak? - uderzyłam go w ramię - już i tak startowałam z wielkim bagażem na plecach. Dwójka braci zdrajców, coś w tym jest, prawda? Przez cały ten czas chciałam pokazać, udowodnić wszystkim, że zasługuję, aby mieszkać w tej wiosce, żeby nosić tę cholerną blaszkę z jej symbolem! - łzy leciały już strumieniami, mocząc jego koszulkę, a na skraju świadomości słyszałam jak otwierają się pozostałe drzwi na korytarzu - ale nie. Jestem taka jak wszyscy z mojego klanu. To przez ciebie jestem zdrajcą! - w przypływie emocji uderzyłam go w twarz tak, że jego głowa aż odchyliła się w drugą stronę - zejdź mi z oczu - warknęłam, łykając łzy  - i więcej mi się nie pokazuj! - krzyknęłam, patrząc na niego - wynocha! - wrzasnęłam, gdy moim ciałem wstrząsnął szloch. On dopiero po chwili odsunął się i odszedł, a ja wciąż nieobecnym wzrokiem wpatrywałam się w miejsce, w którym stał. Odwróciłam się w lewo, gdzie w drzwiach swoich pokoi stała cała Taka z wyjątkiem mojego brata, Sakury i Mirvy - przyszliście pooglądać?! - krzyknęłam, zataczając ręką koło - przedstawienie skończone! - tupnęłam nogą i odwróciłam się w stronę swojego pokoju, gdzie w wejściu stał zszokowany Raito. Gdy się do niego zbliżyłam, on otworzył ręce, abym mogła się do niego przytulić. Jednak nie chciałam tego, nie teraz. Nagle skręciłam w lewo i rzuciłam się biegiem w przeciwną stroną, w którą udał się Izunuka.
- Dyara! - krzyknął Raito, nie mając jednak zamiaru mnie gonić. Pędem pokonałam wszystkie zakręty i wypadłam na dwór przez pierwsze drzwi prowadzące na zewnątrz. Nie miałam głowy, aby myśleć o tym, że na miejscu Kiby zrobiłabym to samo, aby tylko chronić swoje rodzeństwo. Nie chciałam myśleć o tym, że w takim razie kogoś innego spotkałoby to co mnie. Po prostu nie. To nie ja dokonałam wyboru. To ja jestem tu tą pokrzywdzoną. 
Wskoczyłam na dach i na oślep mknęłam do przodu. Nie wiedziałam, gdzie biegnę. Ulice były opustoszałe. Ludzie pewnie pochowali się już w schronach, a ja? A ja płakałam. Cały czas szlochając, zatrzymałam się po dłuższej chwili biegu przed wejściem na cmentarz. Tu dobiegłam, tu zaprowadziły mnie z pamięci moje nogi. Stanęłam przed żelazną bramą i pchnęłam ją delikatnie, aby wejść na teren cmentarza. Szłam główną alejką, mijając coraz to nowsze kamienne płyty. Skręciłam w prawo - w stronę, gdzie został pochowany mój klan. Dostaliśmy nawet oddzielny teren, ogrodzony siatką. To wyróżnienie, prawda? Gwałtownie pociągnęłam nosem. Jedyne co otrzymali moi krewni to jakiś pieprzony grobowiec. Wezbrał się we mnie gniew. Gdy tak szłam w stronę kaplicy, za mną zachodziło już słońce powoli chowając się za horyzontem, a ja cały czas rękawem ocierałam sobie twarz, lecz słonej wody tylko przybywało. Miałam nie płakać, obiecałam sobie, że nie będę płakać. I co robię?! Ryczę, jak mało dziecko!
Mijałam tablice z nazwiskami pobocznych gałęzi Uchihów, zmierzając w stronę małego budynku. Ciemne, niegrzeszące wielkością pomieszczenie oświetlone było jedynie kilkoma świecami. Naruto na moją prośbę zadbał, aby ktoś regularnie wymieniał świeczki, aby moich rodziców nigdy więcej nie pochłonęła ciemność. Zbyt wiele mieli jej w swoim życiu. Szkoda, że dopiero po ich śmierci, byłam w stanie dać im światło. Gdybym tylko była starsza, gdybym zamieniła się z Itachi’m miejscami, wymyśliłabym jakiś sposób na to wszystko. Sposób, aby nie musieć ich zabijać. Mało co widząc przez łzy, dotarłam do tabliczki z upragnionymi nazwiskami. Znajdowały się one na samym końcu kaplicy, na lekkim podwyższeniu. Eh, o czym ja myślę. Itachi zrobił wszystko, co w jego mocy. Nie dało się rozwiązać tego inaczej.
Na ścianie za urnami znajdował się znak klanu, a ja nie wytrzymując już dłużej, gdy tylko znalazłam się obok padłam na kolana, rękoma dotykając zimnego marmuru. Widziałam, jak moje łzy kapią na kamienną posadzkę, a po ścianach błądzą cienie wytworzone przez ogień, spowodowane wiatrem wpadającym przez otwarte drzwi. Tak bardzo chciałam teraz zniknąć. W takich momentach żałowałam, że Itachi mnie oszczędził. Siedziałam tak i płakałam, przeklinając Radę z Danzo na czele. Ta gnida pozbawiła mnie rodziny, a teraz nawet przyszłości. On zabrał mi wszystko i teraz nie ma już prawa, aby żyć.
- Wstań z klęczek - chłodny, męski głos zaskoczył mnie z tyłu. Powoli podniosłam głowę i obróciłam się, aby zauważyć Sasuke, który w swoim zwyczajowym stroju stał za mną, patrząc się w tablice. Jedynym nowym elementem wyposażenia chłopaka była opaska Konohy, umiejscowiona na jego czole, którą przykrywała jednak ciemna grzywka. Chciałam jak najszybciej się ogarnąć, więc walcząc ze sobą podniosłam się na nogi, otrzepując kolana i ręce. Z trudem otarłam oznaki płaczu i stanęłam obok brata, zakładając ręce na piersi.
- Myślisz, że coś to zmieni? 
- O czym dokładnie mówisz? - popatrzyłam na niego dziwnie, starając się panować nad głosem.
- O tej całej rozpaczy, płaczu, krzykach i wrzaskach - wymienił to wszystko tonem, który nie był już całkowicie beznamiętny. Miałam wrażenie, że sam nie raz zadawał sobie to pytanie. Może do dziś nie znalazł na nie odpowiedzi?
- Nie, to nic nie zmieni - wyszeptałam - jeśli mówić o faktycznych wydarzeniach - poprawiłam się szybko, ponownie ocierając oczy.
- Hmm? - nadal na mnie nie spojrzał i w sumie nie obdarzył mojej osoby jakąś specjalną uwagą, lecz w moim sercu coś uległo zmianie. Coś tak małego i z powodu niedostrzegalnego. Gdy tak stałam obok Sasuke mam wrażenie, jakbym wróciła na chwilę do przeszłości. Rodzice i … my. To głupie, wiem, ale...
- Sasuke, dziękuję - wbiłam wzrok w ziemię.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - powiedział cicho, splatając ręce. 
- Jest lepiej tylko tu - mruknęłam, przykładając palec w okolicach swojego serca.
- A co, jeśli nic już tak nie ma? - rzucił kpiąco, a na jego ustach błąkał się tego samego rodzaju uśmiech. Miałam ochotę znów się rozryczeć. Tak dawno go nie widziałam, a w tajnej kwaterze jego widok budził we mnie strach, ale teraz… Znów poczułam, że mam brata. Chamskiego, aroganckiego, sarkastycznego brata, ale mojego. Itachi to inna kwestia, lecz jego spotkałam po roku od momentu tej masakry, a Sasuke nie. Tyle lat, tyle lat.
- Sasuke, dziękuję - powtórzyłam, zdając sobie z tego sprawę.
- Zacięłaś się? - prychnął.
- Możliwe - zaśmiałam się, na co on przewrócił oczami.
- Za co mi dziękujesz? - spytał, a mój dobry humor zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Za to, że wróciłeś - odparłam pospiesznie, patrząc na tabliczkę z nazwiskami rodziców.
- To nie takie proste, jak się wydaje.
- Nie powiedziałam, że to proste. Powiedziałam, że ci dziękuję. To naprawdę dużo dla mnie znaczy - popatrzyłam na niego, a mój system obronny kolejny raz zaczął szwankować. Znów wszystko co dobre związane z Sasuke, co wcześniej wyrzuciłam z głowy zaczęło wracać, a ja nie wiedziałam, czy tego chcę. Niepewność, jak ja tego nienawidzę.
- Wcale tego nie planowałem. Zawsze stałem po drugiej stronie barykady - powiedział cicho, a ja nie wiedziałam co mogę mu odpowiedzieć. 
Kiedyś ktoś mi powiedział, że jeśli nie wiesz, jak to powiedzieć, spróbuj to zrobić. Odwróciłam się w stronę brata, który patrzył na mnie czujnie. Łzy napłynęły mi do oczu, bo wiedziałam, że odzyskałam go tylko na chwilę, że nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Itachi razem z Imrin nie będą małżeństwem z dwojgiem dzieci, które wychowają się w naszej dzielnicy. Sasuke nie zamieszka z Sakurą w domu, w którym się wychowaliśmy, a ja z Raito również nie będziemy potrafili się tu zaaklimatyzować. Mimo wszystko, jest to niemożliwe. Ludzie już nam nie wybaczą.
Rzuciłam się na niego, z całej siły przytulając. Ja, która nie lubi, jak ktoś narusza jej przestrzeń osobistą. Ja, która nie chce doświadczać zbędnego dotyku na skórze, pomijając kilka wyjątkowych osób, objęłam go i rozpłakałam się na dobre, czując woń tak podobną do tej, która nawet po takim upływie czasu zachowała się na koszulce Itachi'ego. Sasuke zesztywniał, przez dłuższą chwilę nie odwzajemniając mojego gestu. Dopiero, gdy właśnie miałam się od niego odlepić, on przygarnął mnie do siebie mocno. Może... tęsknie? Nie - to nadal Sasuke.
Nagle odskoczyliśmy od siebie słysząc głośną syrenę alarmową.
- Co to? - spytałam przestraszona, chcąc przekrzyczeć hałas.
- Wróg się zbliża - krzyknął - chodź!
Popatrzyłam na urny i tablice, po czym zbliżyłam się do nich szybko. Kucnęłam i pocałowawszy swoje palce, przyłożyłam je do tabliczki. To dla was idziemy walczyć, aby wasza śmierć nie poszła na marne.
*** 
Sasuke
Dyara zszokowała mnie dość swoim zachowaniem, lecz moje wprawiło mnie w jeszcze większe zastanowienie. Lecz gdy rozbrzmiał dźwięk syreny, musieliśmy jak najszybciej zjawić się w gabinecie Naruto, bez dyskusji. Pociągnąłem ją za rękę, a ona wstała i kiwnęła głową. Popatrzyłem na grób rodziców trzeci raz w życiu i miałem głupią nadzieję, że nie ostatni. Uchiha, wszystko z tobą dobrze? Ty, masz nadzieję? Staczasz się…
Wybiegliśmy z cmentarza, poruszając się mniejszymi alejkami. Z domów wybiegali również inni shinobi Liścia. Nie było zamieszania, bo wszyscy cywile zostali umieszczeniu w schronach, przez co my – ninja – mogliśmy normalnie pracować. Nie spałem długo. Minęły może dwie, trzy godziny od mojej pobudki, gdy Dyara zrobiła akcję na korytarzu. Z początku leżeliśmy z Sakurą na łóżku oddając się błogiemu relaksowi. Uchiha, ty i relaks? Wiesz, że podobno od dna trudno się odbić?  Tak, coś słyszałem. Potem jednak wstałem i poszedłem do gabinetu Naruto, aby wiedzieć, jak mają wyglądać najbliższe dni.
Gdy Uzumaki wszystko mi wyjaśnił, wróciłem do swojego pokoju, gdzie zastałem zszokowaną Sakurę, tępo wpatrującą się w ścianę. Opowiedziała co tu zaszło i przybliżyła postać oraz wydarzenia związane z samym Izunuką. Kuso! Tego mi brakowało. W końcu nie dowiedziałem się, dlaczego nam wtedy przeszkodziła i tak nagle zainteresowała się współpracą. Starzejesz się, Uchiha. Cała ta akcja z zastopowaniem nas i cały ten bajzel później. Czemu ona w takim razie ze mną poszła? Jeśli Itachi za pośrednictwem Raito uratował ją, to dlaczego nie wróciła do Liścia, albo nie odeszła z nim? Tylko ze mną? Coś dedukcja ostatnio u ciebie leży, Uchiha. A spieprzaj! Żebym nie musiał mówić bardziej dosadnie. Jedni mają alter ego, inni podświadomość, a ja? Hmmm. Jestem „ja” i … nadal „ja”. Hmpf.
- Sasuke, co się dzieje? – spytała Dyara, gdy syreny umilkły.
- Wszyscy wolni shinobi, którzy nie są na patrolu, bądź nie mają żadnych innych zleconych przez Naruto obowiązków, muszą stawić się przed jego siedzibą.
- A co to oznacza?
- Że ktoś nas zaatakował – to zdanie skutecznie zatkało jej buzię, lecz nagle z tłumu biegnących ninja wyłonił się Lee. Ten irytujący z dziwnymi brwiami w pedalskim, zielonym kubraczku.
- Dyara! – krzyknął radośnie na widok mojej siostry – ile myśmy się nie widzieli, złociutka! – moment: złociutka?
- Cześć Lee – odpowiedziała Dyara, uśmiechając się lekko – no trochę minęło – odparła po chwili zamyślenia.
- Super, że już wróciłaś! Nareszcie będziesz walczyć ramię w ramię z Zieloną Bestią Konohy! – miałem wrażenie, że on zaraz rozryczy się z ogólnego szczęścia i … chyba miałem rację.
- A, tak – uśmiechnęła się szerzej.
- Tyle cię nie było, potem Sakura też zniknęła! – wyrzucił ręce do góry – wiesz, jak nam było nudno? – lamentował, jakby ktoś co najmniej zabił jego ulubionego chomika, a tak naprawdę nic się nie stało.
- Cieszę się, że tęskniliście – pokazała mu język.
- Tak, razem z Kibą robi…  - chłopak natychmiast przerwał, a w oczach Dyary pojawiły się złowróżbne ogniki.
- Cudnownie – warknęła, zaciskając dłonie w pięści.
- To, to ja zostawię was samych – dodał ciszej i już bez słowa oddalił się.
- Serio, chciałaś zamienić Uchiha na Izunuka? – prychnąłem – już wolę Yamura – właśnie miała coś odpowiedzieć, lecz stanęliśmy pod kwaterą – chodź – mruknąłem i zacząłem przeciskać się między ludźmi, którzy po chwili zaczęli schodzić mi z drogi.
Jak ja kocham to uczucie  strachu i lęku, które wręcz od nich emanuje. O tak, to jest to. Zanim dotarliśmy na samą górę schodów, trochę czasu minęło. Naruto, ta jego lepiąca się do wszystkiego sekretarka, Shikamaru i Shikaku Nara, Mirva, prawie wszyscy elitarni jounin’i, Kakashi, Raito i Sakura stali na samej górze, wyraźnie na nas czekając. Prawie natychmiast znaleźliśmy się obok nich, a Uzumaki kiwnął lekko zauważalnie głową w naszą stronę i wystąpił kilka kroków do przodu.
- Czy wszyscy mnie słyszą? – krzyknął z całych sił, lecz nie doczekał się odzewu. Pewnie nie pomyślał o tym, że jeśli ktoś rzeczywiście go nie słyszy, to na pewno mu nie odpowie: nie, dla mnie jest za cicho, mów głośniej – ale chyba kompletnie się tym nie przejmował – alarm nie rozległ się bez powodu – gdy tak staliśmy z bliska, na jego twarzy widać było całe zmęczenie, które skrzętnie w sobie skrywał. Zmęczenie dopiero teraz wychodzące na wierzch – jak możecie łatwo zauważyć, nie ma wśród nas wszystkich – z dołu zaczęły dochodzić do nas zaniepokojone szepty – oddział Ibiki’ego Morino,  Genmy Shiranui i Muty Aburame stoczył już pierwsze walki – spojrzałem na ludzi, zgromadzonych u moich stóp. Patrząc na nich, widziałem jak cierpią, nawet się z tym nie kryli. Do tego doprowadzają uczucia, właśnie dlatego byłem temu przeciwny. Właśnie dlatego tyle czasu się przed tym wzbraniałem. A może żeby nie wyglądać tak  żałośnie jak oni, zamknę Sakurę i Dyarę w jakiejś specjalnej klatce, wypuszczając, gdy to wszystko się skończy? Tak, to wcale nie takie złe wyjście – nie od wszystkich dostałem raporty, oznaczające zakończenie pojedynków. Boję się, że straciliśmy grupę Muty – cisza, absolutna cisza, którą przerywa jeden kobiecy szloch. Tak, na pewno je gdzieś zamknę – inne patrole, które cały czas obserwują Konohę i jej okolice nie potwierdziły obecności wroga. Na chwilę obecną powinniśmy być bezpieczni, ale – przerwał, wbijając wzrok w Hinatę, stojącą nieco z boku – ale od teraz musicie trzymać się w pełnej gotowości. Pewien mój – chrząknął – informator z wiarygodnego źródła przekazał mi, że Madara ze swoim wojskiem nieustannie się zbliża. Jeśli jego ludzie będą poruszać się w normalnym tempie, powinni dotrzeć tu za około cztery, pięć godzin. Ale jednak żadnego Uchihy nie można mierzyć normalną miarą – powiedział, patrząc na mnie i siostrę przelotnie. Bardzo dobrze dobrane słowa, Naruto. Uchiha nigdy nie mieścili się w normach – postarajcie się teraz zasnąć – spokojne dotąd niebo przebił błysk, a i grom dał znać o swojej obecności – jeśli cokolwiek się stanie, syrena znów zawyje. Macie być w gotowości, ale teraz możecie się rozejść – machnął ręką, a wszyscy po chwili zniknęli. Tylko my staliśmy w miejscu.
- Naruto, kochanie – powiedziała Hinata, obejmując Uzumaki’ego, który wpadł jej w ramiona, wyglądając na człowieka kompletnie pozbawionego sił. Do moich uszu doleciało tylko prychnięcie Mirvy, na które nikt jednak nie zareagował.
- Pomóż jej przenieść go do gabinetu – rzuciłem w stronę Raito – a z tobą – wskazałem na Shikamaru – muszę porozmawiać.
- Coś apodyktyczny jesteś troszkę, chłoptasiu – powiedziała Anko, mając w buzi jakiegoś lizaka. Popatrzyłem na nią beznamiętnie, całkowicie ignorując.
- Wy też możecie się rozejść – odparł Shikaku, mówiąc do jounin’ów, chcąc przy okazji zmienić temat – ANBU stale wszystko patroluje, a Naruto chce mieć was na walkę  w pełni sił.
- Hai – odparli, aby po sekundzie zniknąć w białej mgle. Spojrzałem na Shikamaru, który patrzył na mnie wyczekująco.
- Wyślij ludzi, aby sprawdzili jeszcze raz zapasy żywności w schronach – rzucił starszy Nara, również niknąc nam z oczu.
Do tej pory każdy patrzył na mnie z rezerwą, a ja nie miałem zamiaru zawiązywania nowych kontaktów międzyludzkich, albo odmawiania starych. Jedynie Mitarashi odważyła się na jakąś uwagę, która i tak nie przyniosła rezultatu. Ta baba zawsze mnie irytowała, ale dostała właśnie plusik za odwagę.
- Jak dużo ludzi ma Madara? - spytałem Shikamaru.
- Koło dziesięciu tysięcy - po tych słowach lekko zaniemówiłem. To ponad pięć razy więcej niż nasze wojska... - tak - powiedział, jakby wiedząc o czym myślę - do tego sam Madara.
- Tu już się nie bój, ja się nim zajmę - odparłem, patrząc kątem oka na Sakurę, czekającą na mnie przy wejściu do budynku.
- Naruto i tak pewnie wtrąci sie do walki - powiedział, jakby cokolwiek mnie to obchodziło.
- Czemu czekamy tutaj, zamiast wyjść za mury i walczyć w lesie? - spytałem, zastanawiając się nad tym od dłuższego czasu - dlaczego narażamy wioskę na zniszczenia?
- Ponieważ tutaj łatwiej będzie nam się bronić. Tak czy tak nas otoczą, to tylko kwestia czasu – westchnął - więc lepiej abyśmy gotowi i zwarci w jednym miejscu czekali na jego ruch, niźli mielibyśmy rozparcelować się po terenach dookoła Liścia - po  chwili zastanowienia jego słowa wydały mi się naprawdę rozsądne - coś jeszcze? – dodał leniwie, gdy nie odzywałem się chwilę.
- Nie – odpowiedziałem, a on zniknął w chmurze dymu.
- Wszystko w porządku? - spytała Sakura, podchodząc bliżej.
- Tak, chyba tak - stałem do niej tyłem, zapatrując się w niebo, z którego słońce zaraz zniknie, gonione przez czarne chmury. Obeszła mnie, stając naprzeciwko, a ja spuściłem wzrok, aby na nią spojrzeć - hmm? O co chodzi?
- Tsunade powinna dotrzeć tu już dwa dni temu - wyrzuciła z siebie. Hę?
- Kto? - popatrzyła na mnie dziwnie.
- Moja mentorka – odparła, jakby było to najprostsze w świecie pytanie - jedna z trójki Sanninów - kontynuowała widząc, że nadal nie wiem o co jej chodzi.
- I? - ponagliłem ją.
- Naruto uczył Jiraiya, ciebie Orochimaru - przełknęła ślinę, a mnie zebrało się na rzyganie, na wspomnienie Gada - a ja przypadłam Tsunade. To ona nauczyła mnie wszystkich medycznych technik. Dzięki niej stałam się tą Sakura, której nie uznałeś za irytującą - jej głos ściszył się przy końcu wypowiedzi, na co przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem delikatnie w skroń, a ona wtuliła się w mój tors.
- Nie przesadzaj – zbeształem ją.
- Bez niej ciężko mi będzie prowadzić oddział medyczny – ciągnęła dalej niezrażona, na co ja odsunąłem ją od siebie, aby móc swobodnie na nią patrzeć.
- Jaki oddział medyczny? - uniosłem jedną brew, na co ona zachichotała.
- Jestem najlepszym lekarzem w Konoha, pomijając trucizny i robienie na nie antidotum - westchnęła - więc to logiczne, że przypadnie mi kierownictwo nad ta jednostką.
- Byłem pewien, że razem z Hinatą i Dyarą zostaniecie w schronie - powiedziałem zgodnie z prawdą.
- No co ty? - jej oczy gwałtownie się powiększyły - ta opcja całkowicie odpada - potrząsnęła głową - tym bardziej, że Tsunade jeszcze do nas nie dotarła.
- Ona ma być ważniejsza od ciebie? – prychnąłem.
- No jasne, że tak! - fuknęła - to jej proponowano pozycję kage, nie mi.
- Kobieta miała zostać hokage? - tym razem na mojej twarzy zagościło zdumienie.
- A masz z tym jakiś problem „Nadopiekuńczy Panie Uchiha”? – mruknęła, przybliżając się.
- Nie no, gdzieżbym śmiał - mruknąłem kpiąco, na co ona rzuciła mi się na szyję  całując. Złapałem ją w talii i przyciągnąłem do siebie, ta jednak odsunęła się.
- Nie tutaj, Sasuke – syknęła, rozglądając się na boki.
- Wstydzisz się mnie? – powiedziałem, a ona znów zachichotała. Miałem głęboko gdzieś, co pomyślą sobie inni shinobi.
- Ciebie? Nigdy –  odparła, bawiąc się moimi włosami.
- Więc  dlaczego?
- Bo ludzie mnie znają i potem będą gadać. Mimo wszystko po wojnie trzeba będzie wrócić do normalności - skończyła się rozglądać, a do mnie trafiły jej słowa. A wniosek był jeden: ona chce pozostać w Liściu. Złapałem ją za rękę, karząc na mnie spojrzeć.
- Dyara poszła do siebie? – spytałem, wzrokiem szukając siostry. Nie znalazłem jednak nikogo.
- Tak.
- Idź do niej i powiedz, że czekam na nią tutaj – rzuciłem, odwracając się.
- A co chcesz zrobić? – zadała to pytanie podejrzliwym tonem. Już coś wywęszyła. Co za kobieta.
- Musimy wspólnie załatwić rodzinne sprawy – gdy to powiedziałam, oczy Sakury na chwilę zaszły mgłą. Wiedziała, co to oznacza.
- Uważaj na siebie Sasuke – bąknęła cicho – i na nią też. Nie przeżyję, jeśli coś wam się stanie.
- Hej, mała – wziąłem jej twarz w dłonie, a on spojrzała na mnie smutno – wiedz, że każdy z nas może zginąć. Dziś w nocy zacznie się prawdziwa rzeź – przez chwilę w jej oczach gościł strach, potem niepewność, a następnie bezradność.
- Jak ja nie chcę – spuściła wzrok, bawiąc się palcami. Westchnąłem. W jednej chwili jest odważna, cięta i nie do powstrzymania, a zaraz krucha, delikatna i tak bardzo martwiąca się o wszystkich.
- Nikt nie chce – odparłem, kładąc ręce na jej ramionach.
- A ty? – spytała nadal na mnie nie patrząc.
- Co ja?
- Chcesz walczyć? – w jej zielonych tęczówkach znów czaiła się tak znana mi już niepewność. Pstryknąłem ją w nos, a na jej twarz zawitał grymas – odpowiedz mi – wróciła normalna Sakura, która patrzyła mi się prosto w oczy, stanowczo, nieustępliwie. Czy ona nigdy nie da mi spokoju?

- Sakura – westchnąłem – przez lata przygotowywałem się na tę wojnę – miałem wrażenie, że coś w niej pękło, a ja chciałem jak najszybciej znów posklejać porozwalane wszędzie kawałki, lecz nie mogłem – to dla mnie coś więcej niż zwykłe starcie – mruknąłem, przeczesując dłonią włosy – ten cały czas, gdy nie było mnie w Konoha, myślałem tylko o jednym. Nie potrafię tego teraz z siebie wyrzucić od tak – pstryknąłem palcami.
- Ty tego chcesz – spojrzała na mnie z przestrachem, stwierdzając fakt.
- Po części masz rację – odparłem.
- Czyli jednak się nie zmieniłeś – patrzyła, lecz nie widziała. Jej oczy błądziły, a ona sama zbladła.
- To nie tak.
- Albo tego chcesz, albo nie. Krótka piłka – rzuciła mi wojownicze spojrzenie, zbierając się w sobie.
- Chcę, ale…
- Nie kończ – nachmurzyła się i odwróciła odchodząc. We mnie wezbrał się gniew. Kim ona jest, żeby mnie w ten sposób oceniać? Natychmiast się przy niej zjawiłem, pchając na barierkę balkonu. Z jej gardła wydarł się cichy jęk i przez jeden, krótki moment mnie to ruszyło, ale musiałem jej coś powiedzieć.
- Pamiętasz to, co powiedziała dzisiaj Dyara na korytarzu? – spytałem, dociskając ją własnym ciałem do balustrady. Jej wzrok znów był zabłąkany, lecz kiwnęła twierdząco głową  - pamiętasz – prychnąłem – sama cytowałaś jej słowa.
- Więc? – przełknęła głośno ślinę.
- „Zniszczyłeś wszystko, na co pracowałam przed ponad sześć lat.” Wiesz co mam na myśli? – wyszeptałem jej do ucha.
- Nie bardzo – wciągnęła głośno powietrze, czerwieniejąc. Oh, Haruno.
- Nie chcę, aby wszystko, całe moje szkolenie, sześć lat treningów poszło na marne – odparłem, kładąc głowę na jej ramieniu, wtulając się w zagłębienie na jej szyi. Ona przyciągnęła mnie do siebie, zarzucając ręce na moją szyję – na chwilę obecną nie pragnę śmierci Itachi’ego – z trudem przeszło mi to przez gardło, a ona doskonale o tym wiedziała – nie pragnę również zrównania Konohy z ziemią – westchnęła cicho, jakby z ulgą – po prostu chcę sobie coś udowodnić. Coś przez co zmarnowałem sześć lat swojego życia – ostatnie słowa wypowiedziałem prawie bezgłośnie, a w wyobraźni widziałem, jak jej oczy gwałtownie się powiększają – muszę pokazać, że nie byłem zwykłym sługusem Orochimaru, a następnie Madary. Nie walczę dla Konohy – Sakura zamarła, przestając gładzić mój kark – nie walczę dla Madary – jej dłonie ponownie się rozluźniły, znacząc kółka na mojej skórze – walczę dla siebie. Nawet po stronie Madary walczyłbym dla siebie. To tylko przez, a może powinienem powiedzieć dzięki tobie mam na czole tę opaskę. Wiedz o tym – gdy skończyłem, dziewczyna przez chwilę się nie ruszyła, a ja bałem się, że powiedziałem za dużo. Taka jest prawda. To chyba najdłuższy wywód na temat moich uczuć w całym moim życiu.
- Wiem – odparła równie cicho i pocałowała mnie delikatnie, po kilku sekundach pogłębiając pocałunek, a ja wziąłem ją w ramiona, chcąc wyrazić cały strach, który w sobie zapieczętowałem, odnośnie jej osoby i udziału w nadchodzącej wojnie. Oderwałem się od niej, lecz nasze usta nadal dzieliły minimetry.
- Idź po nią, bo jeśli tak dalej pójdzie znajdziemy się w  sypialni, a wtedy nie wypuszczę cię z łóżka – powiedziałem, na co ona zaśmiała się z pozoru beztrosko, lecz…
- Tak jest – pocałowała mnie szybko ostatni raz i wyplątała się z moich objęć. Patrzyłem za nią, jak w treningowym stroju oddalała się ode mnie. Zatrzymała się jednak w drzwiach, spoglądając na mnie przez ramię – dbaj o nią – rzuciła i zniknęła, wymuszając na mnie niemą obietnicę.
To wszystko co stało się w kwaterze. To wszystko co doprowadziło do tego, że byłem tutaj. Tego było za dużo i powoli kończyło się moje samozaparcie. Nie łam się, Uchiha. Nie po to kilka razy na treningach otarłeś się o śmierć, aby teraz rezygnować. Racja. To było to, co pchało mnie do działania. Nie mogłem o tym zapominać. Zszedłem powoli z wielkich schodów, w blasku zachodzącego słońca, po czym ruszyłem przed siebie. Wokół mnie było cicho, tak … sielankowo. Nic nie zakłócało mojego spokoju, gdy tak spacerowałem sobie główną aleją Konohy.
-Yo, Sasuke! - odwróciłem się i w cieniu drzew zobaczyłem Kakashi'ego, standardowo z maską na twarzy. Nie spodziewałem się go tu, a tak się zamyśliłem, że nie wyczułem jego obecności. Ciota. Nie odpowiedziałem byłemu sensei’owi, a żeby jeszcze bardziej dać mu do zrozumienia, że nie miałem ochoty z nim rozmawiać, znów zacząłem iść, narzucając sobie jednak lepsze tempo. On jednak po chwili dogonił mnie i szedł obok, luźno trzymając ręce w kieszeniach. Czemu akurat teraz? Twoja obecność była mi kompletnie zbędna, Kakashi - to mówisz na stare śmieci wróciłeś - rzucił, patrząc w niebo. Ja naprawdę nie chciałem z nim rozmawiać, za mało to okazywałem? Niech ten facet zostawi mnie w spokoju – reasumując, to chyba się cieszę - po tych słowach zapadła między nami cisza. Mi było już obojętne, czy Hatake będzie nawijał jak katarynka, czy zamknie się kompletnie, ale nie narzekałbym, jakby zniknął - wiesz Drużyna 7 znowu razem, te sprawy...
- Skończyłeś? - przerwałem mu, czując, że zanosi się na grubszy monolog, na który stanowczo nie miałem ochoty.
- W sumie - zamyślił się - to nie – parsknąłem - wróciłeś na stałe, czy tylko na chwilę?
- Nie powinno cię to interesować – warknąłem. Wkurzał mnie.
- A jednak interesuje - odparł, patrząc na mnie. Atmosfera zrobiła się napięta, a po jego początkowym, dobrym humorze nie pozostało prawie nic.
- Pech - rzuciłem, ponownie przyspieszając.
- Sasuke, odpuść– westchnął, chyba nie wiedząc, co mówi - takich jak ty widziałem w swoim życiu na pęczki. Każdy z nich z "zemstą" na ustach kończył źle, bardzo źle... Doprowadzi cię to tylko do jeszcze większych cierpień. Pozostanie jedynie pustka – zacząłem się śmiać. Zacząłem się cholera śmiać. Dawno nikt mnie tak nie ubawił. Popatrzyłem na niego z ukosa, lecz on nie podzielał mojego nastoju.
- A co, gdybym zabił jakąś osobę ważną dla ciebie? Przekonałbyś się że to co mówisz jest nieprawdą – powiedziałem szczerze rozbawiony, z uśmiechem na ustach. Przecież odpuściłem. Po części, ale odpuściłem. O co on się pluje?
- Całkiem możliwe, ale... na nieszczęście taka osoba nie istnieje. Wszyscy moi bliscy już zginęli – uśmiechnął się smutno pod maską, ale mnie to kompletnie nie ruszyło - żyję trochę dłużej niż ty, a moje dzieciństwo też nie należało do najłatwiejszych. Obydwu nam nie powodzi się zbyt dobrze, to prawda, ale mogło być gorzej. Ja i ty także... odnaleźliśmy przyjaciół, czyż nie? Przez utratę swoich bliskich, powinieneś to zrozumieć – dodał, ciągle patrząc w niebo.
- Przestań prawić mi jakieś pierdolone morały, Hatake - warknąłem wściekle, bo teraz to już mnie wkurzył i to porządnie.
- Jeśli nikt wcześniej tego nie robił, ktoś musi zrobić to teraz - wydawało mi się, że ostrożnie ważył słowa z pewną nawet niepewnością, lecz jego ton był twardy, wręcz karzący, a ja nienawidzę kontroli. Nienawidzę, gdy ktoś narzuca mi swoją wolę.
- Ustalmy sobie jedną rzecz, Kakashi - powiedziałem już całkowicie opanowany, głosem wypranym z emocji - nikt z Konohy nie ma prawa mnie pouczać i mówić, co mam zrobić, rozumiesz? – objechałem go wzrokiem od góry do dołu – wkurzasz mnie. Pierwszy raz od takiego czasu mnie widzisz, a już próbujesz zmieniać. Tego zawsze w tobie nienawidziłem – wyplułem ostatnie słowa i odwróciłem się z zamiarem powrotu do budynku Naruto.
- Doskonale wiem, gdzie teraz idziesz – powiedział głośniej, a ja zatrzymałem się.
- Doprawdy? – rzuciłem, szczerze rozbawiony jego zaangażowaniem w tę rozmowę.
- Wszyscy to wiedzą. Oni również – te słowa natomiast wprawiły mnie w lekkie zamyślenie.
- Miło mi to słyszeć – syknąłem po chwili namysłu.
- Nie wciągaj jej w to – spojrzałem na niego przez ramię – to nie jej świat – wyglądał na człowieka, który dobrze ją znał i … troszczył się? Dyara nawet u niego zdobyła sympatię? U mężczyzny, z którym prawie nie miała styczności? – ona tego nie chce.
- A skąd ty to możesz wiedzieć? – prychnąłem zdenerwowany tą jego pewnością siebie.
- Bo gdyby naprawdę chciała to zrobić, to miała na to sześć lat, Sasuke – odparł, a ja ruszyłem do przodu. Nie gonił mnie, nie wołał za mną. Stał jedynie w tym samym miejscu i patrzył za moją odchodzącą sylwetką. Kurwa, Hatake. Nie mogłeś dać mi spokoju? Wtedy wszystko byłoby prostsze.
Gdy wróciłem pod siedzibę Uzumaki’ego ona już na mnie czekała. Z kataną umieszczoną na plecach, grobową miną i w innym stroju, czekała.
- Spodziewają się nas, wiesz? – spytała, oglądając swoje paznokcie.
- Wiem – odpowiedziałem, orientując się, że po mojej młodszej, zagubionej siostrzyczce nie został nawet ślad. Zapadło między nami dziwne milczenie i przyznam, że pierwszy raz odkąd pamiętam, to ja czułem się nieswojo.
- Chodźmy już, chcę mieć to z głowy – powiedziała twardo i ruszyła w tylko sobie znaną trasę. Hmpf. Bezszelestnie poszedłem za nią. Noc coraz bardziej zbliżała się do nas, a niebo przybrało już prawie barwę granatu. Będzie tak, jak wtedy. Wtedy też było ciemno – Danzo i dwójka tych staruchów? – prychnęła, ciągle idąc.
- Tak. Wiesz gdzie iść?
- Tak – odparła i szybko się spięła – wiem, gdzie mnie trzymano i torturowano prądem. Tego się nie zapomina – dodała trochę ciszej, po chwili przyspieszając. Więc tak to było… - ich siedziba znajduje się niedaleko domu, w którym mieszkałam z Sakurą – jedną dłoń zacisnęła w pięść z wyraźną chęcią mordu. Oj, siostrzyczko. Coś czuję, że tej nocy będziemy potrafili się dogadać.
***
Dyara
Raito zaczął mnie denerwować tymi pytaniami. Nic ci nie jest? Wszystko w porządku? Ale na pewno? No szału szło dostać! Niech się swoim tyłkiem zajmie. Mam dość tej nadopiekuńczości, nie jestem dzieckiem.
- Jakiś plan, czy wchodzimy i po prostu urządzamy rzeź?  - spytałam, siląc się na miły ton, gdy przed oczami migały mi twarze Rady, Danzo i … Ino.
- Myślę, że ta druga opcja. Zapowiada się niezła zabawa – nie widziałam go, idąc pierwsza, lecz jednej rzeczy byłam pewna.
- Ino Yamanaka ma zginąć z mojej ręki – warknęłam, skręcając w kolejną uliczkę.
- Widzę, że jednak masz wroga, siostrzyczko – prychnął ironicznie, a kąciki moich ust podniosły się do góry.
- Żeby to jednego – wysiliłam się na ironię, a byłam strasznie zestresowana.
- Czym ci zawiniła? – nadal miał niezły ubaw z tej rozmowy, a mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało.
- Jest zdradliwą suką – syknęłam, a moje emocje pobudził dodatkowo widok domu mojego i Sakury, który właśnie mijaliśmy oraz wizja umierającej różowo włosej, bo ona automatycznie pojawiła mi się przed oczami.
- Zawsze miałaś cięty język – powiedział, wyrównując ze mną krok.
- Dobrze mi z tym.
- A czy ja mówię, że jest inaczej? – spytał zawadiacko, a ja znów poczułam się jak kiedyś. On był dokładnie taki, jakim go zapamiętałam.
Mijaliśmy puste domy, idąc praktycznie w mrok. Latarnie zostały wyłączone i tylko dzięki uruchomionemu sharinganowi widziałam drogę przed sobą. Księżyc schował się za chmurami, których zrobiło się aż nazbyt wiele. Serce gnało mi jak szalone, bo pomimo swojego zachowania byłam przerażona. Czy dam radę? Czy tak naprawdę tego chcę?
Moje myśli zaprzestały szaleńczego galopu, gdy tylko zobaczyłam trzypiętrowy budynek Rady Wioski. Był całkiem spory i pomalowany na bladą żółć. Duże szklane okna dawały możliwość obserwacji pracy personelu nawet z ulicy, lecz teraz również nie było tu nic prócz ciemności. Westchnęłam. Tutaj pracowali oficjalnie, lecz w podziemiach znajdował się Korzeń do którego zmierzaliśmy. Podsłuchałam Naruto, gdy rozmawiał z sekretarką i dowiedziałam się, że zostało tu mało ludzi, a samego Danzo i Radę odsunięto od tematu wojny. Tak zadecydowali w głosowaniu jounin’i z Narą na czele oraz z samym Naruto. Z racji, że członkowie Korzenia nadal byli obywatelami Liścia, tak samo jak inni shinobi zostali przydzieleni do oddziałów, a Shimura nie miał nic do gadania. Pozostała przy nim jedynie dwójka starców i osobista ochrona. Nie powinno być źle. Czy Ino tam będzie?
Weszliśmy po sporych schodach, tym samym znajdując się przy również niemałych drzwiach. Wywarzyłam je porządnym kopniakiem. Byłam wściekła. Czułam się zdradzona, oszukana i zbrukana. To przez nich moja rodzina nie żyła, to przez nich teraz jestem nikim.
 Pomieszczenie stało dla nas otworem. Weszłam pewnie do oszklonego holu z wielkim biurkiem po środku, a echo moich obcasów, głośno odbijało się od posadzki. Sasuke wszedł spokojnie zaraz za mną, lecz ja kipiałam  z wściekłości.
- Danzo! Wyłaź, ty parszywy szczurze! – krzyknęłam na całe gardło, lecz odpowiedziała mi cisza. Rozglądałam się na około, myśląc który z dwóch przeciwległych korytarzy by tu wybrać.
- Musiałaś tak głośno? – spytał bezuczuciowo Sasuke, poprawiając opaskę.
- I tak wiedzieli, że tu przyjdziemy – warknęłam i ruszyłam pierwszym, lepszym. Racjonalne myślenie w tej chwili ulotniło się, a zastąpiła je furia. Wszystko złożyło się w całość. Wywalałam wszystkie drzwi, drąc się w niebogłosy – Danzo! Chodź tu! – wszędzie pusto. Wszędzie była ta cholerna pustka! – wyłaź!
- Spokojnie i tak go znajdziemy – mruknął Sasuke, a w tym momencie miałam ochotę wdeptać go w podłogę. Zbliżyłam się do niego i popatrzyłam prosto w oczy. Sharingan w sharingan.
- To nie ja uciekłam z Konohy w pogoni za zemstą. To chyba ja mam z naszej dwójki chwilowo więcej rozumu! – wrzasnęłam mu prosto w twarz, a cały jego spokój zniknął.
- Uważaj co mówisz, młoda – syknął, a w jego oczach zagościł gniew.
- Nie nazywaj mnie tak – przybliżyłam się jeszcze bardziej.
- Bo co?
- Bo sobie tego nie życzę – odwróciłam się na pięcie i znów poszłam przed siebie, podburzona jeszcze bardziej. Dziwiłam się, że Sasuke mi się nie sprzeciwił, zawsze to robił.
Podświadomie czując, że się zbliżaliśmy, wyjęłam katanę z pochwy, dzierżąc ją teraz w ręce. Nadal szłam śmiało do przodu, lecz zwolniłam trochę, gdy za zakrętem pojawiły się drzwi jakby do klatki schodowej. Musieliśmy dostać się do piwnic, podziemi, jak kto woli. Danzo na pewno nie urzędował na powierzchni, więc jedyne czego teraz potrzebowałam, to właśnie schody na dół.
Tym razem kulturalnie otworzyłam drzwi. Ochłonęłam trochę nadal jednak będąc wściekłą, lecz nie w takim stopniu, jak jeszcze moment temu. W budynku również panowała ciemność, co mimo ogólnej brawury, trochę mnie deprymowało, więc schodziłam w dół, ręką dotykając ściany. Były one kołowe, więc nie widziałam, dokąd szłam. Gdy wyłonił się przed nami korytarz przez ułamek sekundy zawahałam się. O ułamek za dużo. Nie wiem jakim cudem, lecz Sasuke nagle pojawił się przede mną, zbijając kataną kunai lecące prosto na mnie, po czym zabił dwóch członków Korzenia. Trwało to niecałe trzy sekundy…
- Orientuj się – warknął, wycierając ostrze katany o ubranie jednego z zamordowanych ninja. To mnie ostudziło. Jeśli chcę zabić Radę, nie mogę się wahać. Nawet przez taki krótki moment.
- Hai – odpowiedziałam i ruszyłam za bratem, nie patrząc na leżące na podłodze ciała. Mocniej ścisnęłam miecz, a obawy powróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Moja wytrzymałość jest kiepska. Przez ostatnie dni w ogóle nie trenowałam. Co, jeśli nie dam rady?
- Rozdzielamy się.
- Co? – spytałam, mając nadzieję, że się przesłyszałam.
- Dobrze słyszałaś. Wiedzą, że tu jesteśmy. Przygotowali pewnie jakieś środki zapobiegawcze. Po wiosce krążą plotki, a my nie chcemy mieć całego Korzenia na głowie – warknął.
- Wszyscy prócz tych, którzy zostali w kwaterze są w oddziałach poza wioską – odparłam spokojnie.
- Skąd to wiesz? – Sasuke rozglądał się czujnie na boki, gdy ja zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści katany.
- Podsłuchałam rozmowę Naruto z sekretarką – prychnęłam. Nie wierzy mi na słowo i musi mnie sprawdzać? Co za menda!
- Hmpf – sapnął.
- Swoją drogą, ta sekretareczka ma na ciebie oko – rzuciłam kpiąco, gdy stanęliśmy na rozwidleniu białych korytarzy.
- Nie ona jedna.
- Narcyz! – odparłam, poprawiając podciągniętą bluzkę.
- Miło mi to słyszeć – żachnął – masz na siebie uważać. Jeśli natrafisz na Danzo uciekaj do tego miejsca. Jestem prawie pewien, że usłyszę twoje krzyki. Gdy tylko to zrobisz rzucę wszystko i przybiegnę tutaj, zrozumiałaś? – skinęłam głową niepewnie – rozdzielamy się, bo zależy nam na czasie. Danzo mógł już wezwać posiłki, a nie chcę marnować na nich sił.
- A myślisz, że jak już ich zabijemy to nie będziemy mieć ich na karku? – spytałam, krzyżując ręce na piersiach.
- Wtedy przy dobrych wiatrach rozpocznie się wojna, a do tego wszyscy oni są teraz pod rozkazami Naruto.
- Znów się zaprzyjaźniliście? – bąknęłam.
- Nie żartuj, nie teraz – spojrzał na mnie poważnie – pilnuj się, młoda – powiedział i skręcił w lewo i zaraz zniknął za zakrętem.
W co ja się cholera wpakowałam?!
Skręciłam w prawo i tak jak wcześniej przeczesywałam wszystkie mijane po drodze pokoje. Niektóre były typowo mieszkalne. Reszta to biblioteki, sale treningowe, łazienki. Nie wiedziałam, że mają tu takie wyposażenie…
- Stój! – krzyk za mną przywołał mnie do rzeczywistości. Dzięki sharingan’owi zauważyłam senbon lecące w moją stronę, więc natychmiast się uchyliłam.
- Katon:  Hōsenka no Jutsu - kilka ognistych kul poszybowało w ich stronę, lecz wrogowie uniknęli ich. Jeden rzucił się na mnie z kunaiem w ręce. Przerzuciłam go przed biodro, ale ten wyrwał mi się, unikając upadku. Odbił się od ściany ponownie na mnie nacierając, a ja wykonałam unik, podcinając automatycznie drugiego napastnika, który chciał capnąć mnie od tyłu. Nie minęła sekunda, a ja i pierwszy ninja skrzyżowaliśmy bronie. Rozbroiłam go kataną w moment. Gdy miecz utknął w jego ciele, ten drugi ponownie się na mnie zamachnął. Odruchowo wyprowadziłam tylnie kopnięcie i wyszarpałam broń z trupa. Drugi podniósł się z podłogi i złożył pieczęcie:
- Kage bunshin no jutsu! – jego klon pojawił się nade mną, spadając mi na plecy. Zrzuciłam go z siebie, łamiąc mu kark. Pufff! I już go nie było. Nie zdążyłam wziąć pełnego oddechu, gdy już kolejna technika mknęła  w moją stronę – suiton: Mizu Nidowu! (wodne igły)
- Katon: Kanri sa reta Hogo (kontrolowana ochrona) - wszystkie pociski wroga wyparowały po spotkaniu z moimi ognistymi blaszkami. Ta walka za długo trwała, musiałam to skończyć – raiton: Inazuma no ha (miecz błyskawicy) – przez katanę popłynął prąd, wydając specyficzne trzaski. Nie dając wrogowi nawet chwili zastanowienia, przecięłam go w pół, gdy on nie zdążył nawet unieść rąk w geście obrony.
Dezaktywowałam technikę i otarłam pot z czoła. Dzięki Kakashi, że nauczyłeś mnie tej techniki. Gdyby nie to… Oj Dyara, kiepsko. Musisz wziąć się za treningi. Przeszłam obok trupów, nie chcąc o tym myśleć. To dla ciebie, mamo.
Nadal trzymałam w ręce miecz, z którego powoli skapywała krew. Nie znałam ludzi, których zabiłam. Może mieli żony, dzieci. Nie! Nie myśl o tym. Zasłużyli na swój los. Mój oddech trochę się uspokoił, a ja czułam się rozgrzana. Sharingan bez zmian lśnił w ciemnościach, które rozświetlały jedynie małe, okratowane okienka pod sufitem. Czy Sasuke nic nie jest?
- To za mojego brata, suko – zagapiłam się, co poskutkowało mocnym kopniakiem w brzuch. Zatrzymałam się na ścianie, a moje plecy głośno zaprotestowały. Jakiego brata?  Otworzyłam oczy i natychmiast się schyliłam. W miejscu gdzie przed sekundą była moja głowa znajdował się teraz kij z ostrzem na końcu. Używając chakry, kopnęłam napastnika w nogę, łamiąc mu kolano. Jego głośny krzyk przeciął powietrze, a ja wyskoczyłam w górę z kataną nad głową. Bez problemu odcięłam mu głowę, lecz coś za łatwo mi poszło. Znów usłyszałam *puff* a przede mną pojawiła się kłoda. Kuso! Wiedziona instynktem padłam na kolana, uchylając się od kolejnego ataku. Następne cięcie nadeszło z góry, jednak zablokowałam je mieczem.
- Raiton: Inazuma no ha (miecz błyskawicy) - włożyłam w ten atak dużo chakry, więc ninja został sparaliżowany, gdy odcięłam mu rękę. Jego nerwy odmówiły współpracy, a on w drgawkach upadł na podłogę. Wstałam, gdy wił się pod moimi nogami. Nie, nie chcę na to patrzeć – gomen – szepnęłam, gdy wbiłam mu katanę w serce, a drgawki ustały. Starłam jego krew, która trysnęła na moją twarz, cały czas opierając się na wbitym w ciało shinobi mieczu.
- Cóż za spektakularny pokaz! – te słowa oraz brawa wyprzedziły Danzo, który wyszedł zza zakrętu, niczym czarny diabeł na białym tle. Wszystkie ściany były odrażająco białe. Sterylne aż do granic. Mimo tego, że wszędzie panowała ciemność, pomijając słaby blask księżyca, który wdzierał się przez małe okienka widziałam go doskonale. Nastrój idealny na horror, który zadzieje się lada moment – zabrakło ci języka w gębie, Uchiha? – syknął, gdy stałam nieruchomo, wpatrując się w niego – jak zawsze – prychnął – Uchiha, użyteczni tylko wtedy, gdy mają na to ochotę. Do tego nie potrafią wypełnić powierzonej im misji tak, aby obyło się bez świadków.
- Nie waż się tak o nim mówić! – wróciła moja bojowa postawa i w mgnieniu oka katana na powrót usytuowała się w moich dłoniach. Jak on śmiał mówić tak o Itachi’m!
- Bo co, zabronisz mi? – machnął ręką na bok, aby jeszcze bardziej pokazać mi jak mnie lekceważy, a ja nienawidzę, gdy ktoś mnie ignoruje. Wściekłość walczyła z rozsądkiem. Powinnam teraz uciekać i wołać Sasuke, lecz nadal tu stałam i wgapiałam się w tego starucha! – znów odpowiesz mi tylko, gdy będziesz miała taki kaprys?
Wciągnęłam go w genjutsu, chcąc kupić sobie trochę czasu. W moim świecie znajdowaliśmy się w płonącym lesie na małej polanie. Wszędzie szalały czerwone płomienie, palące wszystko na swojej drodze. Urzeczywistniłam się przed Danzo, kopiąc go w brzuch, prosto w ogień. Mężczyzna wrzasnął z bólu, a ja znów zniknęłam z pola jego widzenia.
- Wyłaź, suko! – krzyknął rozglądając się niespokojnie. Biedaczek… Widział tylko ogień.
- Tak jest – szepnęłam mu do ucha, stojąc za jego plecami. Gdy wypowiedziałam te słowa, wbiłam mu katanę pod żebra.
- Aaaaa! – jego krzyk znów przeszył powietrze, a ja znów zniknęłam. Rana zabliźniła się, lecz nadal doskwierał mu ból. To mój świat Danzo, to ja ustalam tu zasady – i co teraz, mała zdziro? – sapnął rozpinając dziwną bransoletkę, która ciągnęła się od jego nadgarstka, do łokcia. Płomienie lizały co chwilę jego stopy, przez co miał z tym trochę trudności. Ponownie jego rany zagoiły się, lecz pozostało nieznośne uczucie pieczenia. Masz ty świnio. Za wszystko, co mi zrobiłeś! – teraz się zabawimy, maleńka! – krzyknął triumfalnie, a moim oczom ukazała się jego ręka z wczepionymi… SHARINGANAMI! – zaskoczona? – wydął usta w kpiącym uśmiechu, gdy zmaterializowałam się jakieś dziesięć metrów od niego.
- Skąd je masz?! – krzyknęłam, ze łzami w oczach – to należy do mojego klanu! – postąpiłam krok do przodu, a ogień buchnął w górę.
- Należało – żachnął się – twojego klanu już nie ma – mruknął lekceważąco, jakby do siebie.
- Koniec tego – warknęłam – wyciągnęłam ręce do przodu, aby łatwiej było mi kontrolować ogień, który właśnie całkowicie otoczył mężczyznę. Kuso! Długo tak nie pociągnę. Ta technika wysysa ze mnie mnóstwo chakry.
Na jego ręce znajdowały się trzy pary oczu. Musiał je zabrać, gdy klan został już wybity, ale nie wszczęto jeszcze alarmu. Co za menda.
- To wszystko, na co cię stać? – powiedział, jakby zawiedziony. Nienawidzę, gdy ktoś mnie ignoruje! Zacieśniłam koło tak, że Danzo powinien skończyć właśnie jako skwarek, lecz on wyszedł z moich płomieni całkowicie niedraśnięty. Co jest?!
- W co ty pogrywasz?! – krzyknęłam zafrasowana. Zaraz musimy powrócić do rzeczywistości, a ja nic mu nie zrobiłam. Jedynie jego ubrania trochę się nadpaliły, kuso!
- Jeśli chcesz, możemy nazwać to grą – odparł, stukając laską w podłogę. Moment. Jedno z sześciu oczu zamknęło się. Znam tę technikę!
- Izanagi? Naprawdę? – spytałam, próbując znaleźć jakieś logiczne wyjście z tej sytuacji. Graj na czas, Dyara, graj na czas.
- Wiesz co to za technika? – wydawał się poruszony, a płomienie wokół niego zaczęły gasnąć. Cholera.
- To technika mojego klanu. Jak mogłabym jej nie znać – warknęłam, coraz bardziej w duszy panikując.
- Zabawna jesteś, Uchiha – zaśmiał się szyderczo, gdy ogień prawie zanikł.
Nagle mój świat zniknął i natychmiast, bez żadnego przygotowania wróciłam do białego korytarza. Upadłam na kolana, głośno dysząc. Kuźwa! Podniosłam zamglony wzrok, aby zobaczyć, jak Sasuke krzyżuje katanę, z kunai’ami Shimury. Mój brat coś krzyczał, ale nie mogłam wyłapać jego słów, tak bardzo pulsowała mi głowa. Skupiłam jednak swoje spojrzenie na dwóch walczących postaciach.
- Sasuke! – krzyknęłam, mając nadzieję, że udało mi się przekrzyczeć odgłosy walki – on używa Izanagi!
- Co? Powtórz! – chłopak po tych słowach uderzył pięścią w ścianę, która rozkruszyła się.
- Ten budynek zaraz się zawali, Uchiha! – rzucił Danzo odskakując do tyłu. Jemu chyba o to chodzi, Shimura…
- To Izanagi! On ma jeszcze sześć żyć! – wstałam na nogi, trzymając się ściany. Sasuke chyba mnie usłyszał, bo zatrzymał się na moment, intensywnie nad czymś myśląc.
- Dyara, z tyłu! – odkrzyknął, a ja wyskoczyłam do góry. Cholera, moja głowa… Czas na moment się zatrzymał, a ja miałam wrażenie, że wypełnia mnie od środka czerwona energia. Wróciłam do siebie i odbiwszy się od sufitu, wymierzyłam kopnięcie, którego jak się okazało Homura Mitokado uniknął.
- Ty, mała – warknął wymierzając we mnie cios jakimś ciężkim, dwuręcznym mieczem.
- Raiton: Inazuma no ha – uchyliłam się, a mój miecz znów zalśnił na niebiesko. Barwy przez chwilę zamieniły się miejscami. Błyskawice wydały mi się czerwone, lecz wszystko inne było w porządku. Nie wiem, ile czasu krzyżowaliśmy tak bronie. Reagowałam wolniej, przez co nie mogłam go trafić. W sumie tylko się broniłam, co strasznie mnie deprymowało. Jednak niespodziewanie zostałam wciągnięta przez brata w pierwszy poziom Sussano, która ochroniła nas przed gruzem lecącym nam na głowy. Budynek został doszczętnie zniszczony przez Sasuke. Naruto nas zabije…
- Zostały mi jeszcze dwa życia tego ścierwa – warknął, gdy Danzo gramolił się spod odpadków.
- Tak, mi też świetnie idzie – sarknęłam, szukając wzrokiem swojego wroga. Moja głowa była ciężka jak nigdy dotąd, plecy bolały jak diabli, a i przed oczami pojawiały się mroczki. Weź się w garść Uchiha! – wypuść mnie.
Na dworze wiał wiatr. Konoha pogrążona była w ciemnościach, ani jedno zapalone w oknach światło. Teraz już nie mogłam się zastanawiać, czy robię dobrze. Uciszenie sumienia to najlepsza rzecz, jaką udało mi się dzisiaj osiągnąć.  No wyłaź staruchu! Jeszcze kilka minut, a zbiorą się tu wszyscy shinobi, a ja nie mogłam do tego doprowadzić. Sasuke walczył z Danzo. Ogień, wiatr, błyskawica, woda. Wszystkie te żywioły co chwilę ścierały się ze sobą, a ja widziałam już na dachach pierwszych ninja.
Zakryłam głowę rękoma, chroniąc ją. Sussano bez ostrzeżenia ewoluowało i strzeliło z łuku do starucha, który o mało nie zabił mnie od tyłu. Znowu się zamyśliłam! Strzała po chwili zniknęła, a ja momentalnie spojrzałam w stronę brata. Sasuke dyszał z mieczem wyciągniętym przed sobą. Dzięki sharingan’owi widziałam, że Danzo pozostało tylko jedno oko. Rzuciłam wzrokiem na starca, leżącego obok. Należało ci się, staruchu.

Mało brakowało, a potknęłabym się i zaryła głową o podłogę, gdy podczas biegu w stronę brata składałam pieczęcie:
- Kuchiyose no Jutsu - trzy łasice biegły już obok mnie. Najmniejsza Liara, większy Lari i największy Lvar. Wpadłam na ten pomysł, gdy zauważyłam, że Sasuke towarzyszyły dwa węże. Na szczęście nie wezwał Mandy, bo w takim wypadku Konoha byłaby już doszczętnie zniszczona… W końcu znalazłam się obok Sasuke, który miał na ramieniu dość poważną ranę. Na jego koszuli w okolicach brzucha też zauważyłam krew. Cholera.
- Dwoje na jednego? Czy to nie jest niesprawiedliwe? – spytał Danzo, oblizując usta. Zacisnęłam mocniej dłonie na rękojeści miecza i rzuciłam się do przodu. Ponad wszystko starałam się zignorować zawroty głowy, gdy nasze bronie skrzyżowały się. Tym razem Shimura dzierżył w rękach boo, czym zbijał moje cięcia. Sasuke przeskoczył nad nami, stając za plecami Danzo. Odskoczyłam trochę do tyłu, aby na chwilę odsapnąć. Udało nam się go otoczyć, tylko co teraz?
- Futton: Dai tatsumaki (wielkie tornado) – skierował tę trąbę powietrzną na mnie, przez co cofnęłam się odruchowo. Technika była ogromna.
- Saishū bōei (obrona ostateczna) – moje summony otoczyły mnie barierą, ochraniając przed niechybną śmiercią. Niestety mogły zrobić to tylko raz. Gdy Danzo skupiał się nad tornadem, Sasuke naparł na niego z raikiri w ręce. Ten przestał sterować futtona, który natychmiast zniknął. Shimura nie uchylił się przed ciosem, przez co ostatnie oko na jego ręce zamknęło się.
- Gówniarze! – wrzasnął wściekły. Teraz pozostało ci już jedno życie biedaku.
Obydwoje z Sasuke oddychaliśmy głośno, a w mojej głowie zaczął klarować się plan. Sasuke już pewnie nie będzie mógł użyć raikiri, a i ja nie mam tyle chakry, aby ponownie przywołać chidori. Genjutsu w moim przypadku również nie wchodziło w grę, a myślę, że mój brat nie chciał nadwyrężać swoich zasobów. Spojrzałam na niego, a jego oczy zmieniły się. Niebieska chakra buchnęła wokół niego, a Sussano zniknęło. Jedynie na ustach chłopaka pojawił się złowróżbny uśmiech.
- To twój koniec – warknął Sasuke, a z jego prawego oka polała się krew. Co się dzieje?! Ziemia wokół Danzo zaczęła płonąć niebieskim ogniem. Ten wyskoczył do góry, na co zareagowały węże, ponownie sprowadzając go w płonące koło. Widzę braciszku, że mamy podobny styl walki…
- Tak ci się tylko wydaje, szczeniaku! – wydarł się, a w tym momencie niebieskie* płomienie Amaterasu dosięgły jego ciała. Pchana chęcią zadania mu ostatniego, decydującego pchnięcia przeskoczyłam nad błękitnym ogniem i wbiłam kataną w jego lewą pierś. Sasuke zrobił dokładnie to samo, tylko od tyłu, celując w prawą. Krzyk Danzo ponownie przeszył powietrze! Krzyk rozpaczy, melodia jego śmierci…
- To za naszą rodzinę – warknęłam, gdy jedyne co mu pozostało, to patrzeć na mnie słabym wzrokiem. Mój świat nagle ponownie stanął w odcieniach czerwieni. Co jest?!
- A w szczególności za naszego brata – syknął Sasuke dezaktywując Amaterasu, gdy obydwoje w tym samym czasie wyciągnęliśmy katany z jego ciała. Truchło upadło na ziemię, a ja podniosłam wzrok na brata – to jeszcze nie koniec – dodał, a ja odwróciłam się. Stała tam Koharu Utatane członkini Rady,  intensywnie się w nas wpatrując. W jej spojrzeniu nie było jednak żadnych uczuć.
- Aaa! - moją głowę przeszył gwałtowny ból, a żółć podeszła mi do gardła. Zatkałam usta dłonią, drugą ręką opierając się o Sasuke.
- Patrz  - wydał z siebie zduszony jęk i mimo protestującego ciała, wyprostowałam się z wzrokiem utkwionym w kobiecie.
Ta rozłożyła dłonie, a gdy to zrobiła cała emanowała czerwoną chakrą, której nigdy jeszcze nie widziałam. Powoli wyciągnęła rękę do przodu, wskazując palcem na naszą dwójkę, stojącą w ruinach budynku Rady. Ludzie stali na dachach nie reagując, a ja ledwo już kontaktując skupiłam się na kobiecie.
- Gdy przepowiednia swe koło zatoczy, to ludzkość natychmiast się stoczy. Było już tak kiedyś i wyszła z tego wojna, więc na innym kontynencie pomoże wam istota bogobojna, bo klątwa nie da wam żyć, dopóki nie zostanie przerwana tajemna nić – po tych słowach czerwona chakra spaliła ją żywcem, a ja zdążyłam jedynie spojrzeć na brata, gdy ogarnęła mnie ciemność.
***
Nikt nie wiedział, dlaczego rodzeństwo Uchiha nagle straciło przytomność. Nie tylko Dyara i Sasuke pogrążyli się w otchłaniach swych umysłów, lecz i Itachi nie kontaktował już z rzeczywistością. Upadł na podłogę na tajnym spotkaniu z Naruto oraz tak jak brat i siostra nie obudził się nawet wtedy, gdy Madara podszedł z wojskiem pod bramy Konohy.




Liść będzie musiał poradzić sobie bez tej trójki.




***

A więc. Ehhh. To już przedostatnia notka. Pozostał mi jeszcze epilog, który ukaże się 1 września, żeby jakoś z pompą zakończyć pierwszy sezon "Kyodai'' xd bo czy chcecie czy nie, dzięki Akemii wpadłam na (możliwe) całkiem niezły pomysł na drugą serię. Tego jeszcze nie było - przynajmniej takiego FF ja nie czytałam xd
Wiem, wiem nikt nie będzie tęsknił, bla bla blaaaa. Ale musiałam się tym z wami podzielić xd
Ostateczne pożegnania w niedzielę! ;D
Bywajcie!


* na potrzeby opowiadania, płomienie Amaterasu Sasuke są niebieskie

15.12.2013r.
Uhuhuh.
Powiedziałabym wam coś, ale fizyka dość poważnie zaburzyła dziś moją zdolność logicznego myślenia i ... nic pożytecznego wam dziś nie powiem.
Gomen [*]

7 komentarzy:

  1. Noo! Jakoś dałam radę przeczytać. xd I o dziwo jestem pierwsza. ^^
    W sumie nie wiem od czego zacząć. Podobała mi się scena, kiedy Dyara zaczęła wrzeszczeć i bić Kibę. No kurde, należało mu się. Podła ja. xd Pobiegła na cmentarz, płakała i spotkała mojego Sasuke. W tym fragmencie było mnóstwo emocji, co bardzo mi się podobało. No i oczywiście to słodkie przytulenie. Nie spodziewałam się, że Sasek to odwzajemni. Jak ja uwielbiam to rodzeństwo. <3333333
    Dobre walki, nie ma co. Nienawidzę Danzo, tak tego człowieka nie znoszę, że zawsze życzyłam mu śmierci.
    Kocham pierwszy podkład, idealnie pasował. No i mój SOAD na koniec. Wiesz jak mnie uszczęśliwić. :33 Nie żebym lubiła System...
    Ej, ale o co chodzi z tą końcówką? Dlaczego oni stracili przytomność? ;oooooo Coś mi tu śmierdzi. No i jak Konoha sobie bez nich poradzi? :cc Mam nadzieję, że nic poważnego im się nie stało.
    Wgl to świetne obrazki, skąd ty takie masz? xD
    Czyli jednak będzie druga seria. ^^ Ha, ja to wiedziałam! ;DD
    Do jutra :D :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę się doczekać kolejnej serii! Kocham sceny SasuSaku w Twoim wykonaniu iii czekam na kolejna serię i epilog, bo kompletnie nic nie łapie z tej przepowiedni:O Dyara jest niezbyt pozytywnie nastawiona do przyszłości, ale ja nadal mam nadzieję na happy end ;-) pozdrawiam, do jutra :-D i jak to nikt nie bd tesknil, co? hayley ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. oo *.* mój ulubiony blog będzie miał 2 serie *,*
    Ale czad <3
    mam nową ambicje przeczytać go jeszcze raz od początku ;3
    weny życzę!
    ~Hinamori

    OdpowiedzUsuń
  4. Zostałaś nominowana do Liebster Award :)
    [ayano-tenshi.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  5. Noooo weź, znowu mnie Blogger nie poinformował o tym rozdziale ;__; Pacze sobie.. epilog.. czytam sobie.. i coś mi się nie zgadza. No a tu odkrywam jeszcze jedną notkę! I to tak ważną!
    Wow.. się działo.
    Jakoś nie mam weny na długi komentarz, a muszę jeszcze lecieć do epilogu, więc się streszczę. Wspaniałe opisy uczuć w tym rozdziale były, ach ten przytulasek Dyari i Sasuke ;c no i to jak nagadała Kibie! Chociaż wyłapałam z tego taką mało ważną rzecz, ale zwróciła moją uwagę. Mianowicie chodzi mi o to, że Dyara mówi, że pewnie na miejscu Kiby zrobiłaby to samo, żeby chronić rodzeństwo. To mi się bardzo spodobało, bo ja w sumie często mam tak samo. Hejtuję kogoś za coś, ale w takiej sytuacji postąpiłabym podobnie.
    No i ta walka *.* epicka całkiem.
    Matko Koharu ty stara suko. Jestem ciekawa jaki pomysł masz na drugą serię, może ktoś będzie szukał rozwiązań żeby przerwać tą 'tajemną nić' (że ta zołza jest niby 'istotą bogobojną? ;__;)
    Dobra, lecę czytać epilog!

    OdpowiedzUsuń
  6. O kurwa mać, jakie długie... lubię długie rozdziały, ale no, bez przesady XD Czytałam to dzieląc sobie na połowę xD znaczy no, pewnie przez oko, albo z lenistwa też ym tak zrobiła xD Niemniej jednak, rozdział zajebisty ;D i nie zaprzeczaj, bo... bo nie możesz zaprzeczyć xD
    Dyara i Kiba... no cóż, przegrał sobie równo, jednakże fajnie by było, gdyby jakoś bardziej rowinął swoje przypuszczenia, a tu nic... ciota :P no i te twoje boskie opisy, takie przepełnione emocjami - miodziooo xD normalnie, chyba będę się od ciebie uczyć opisów, bo jak patrzę na moje dialogowe opowiadanie to mi się płakać chcę...
    Ale, ale Sasuke Uchiha wkracza! Mój miszcz, przed którym się niestety nie ukłonie, bo to Sasuke... zajebisty był z tym głosem w głowie, buahahaa, schizofrenia xD ten wątek z Sakurą, no normalnie żal mi się go zrobiło, jak zadał sobie to twierdzące pytanie, iż Sakura chcę zostać w liściu :< no życie, no...
    Rozmowa z Kakashim jak on mnie wkurwaiał... znaczy Sasuke... wkurwiał i wkurwiał, a Hatake nic nie zrobił! Porozmawiać kurwa nie można... spoko Kakashi, gówna się nie rusza :P w ogóle Kakashi to takie współczesny symbol określenia 'mam wyjebane' xD
    No i napaść na Radę x) Super no ;D Boże, szacun dla ciebie Shee, że tak zajebiście piszesz sceny walki, normalnie człowiek skurwiel z ciebie ;D jestem taka zauroczona tym, że daruję sobie dalszy wywód, bo doprowadziłby cię do rzygania tęczą no!!!
    To lecę nma epilog, albo spać... wybacz, że nie dotrwałam...
    Życzę weny (na anatę, którą też muszę nadrobić... ja to nie mogę być w niczym kurwa na bieżąco kurwa...) i pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. No czeeeść :3 Kurwa, wybacz, że dopiero teraz komentuję, ale wiesz jak to jest, wchodzisz do szkoły, a tu na powitanie kartkóweczka ;_; i tak w sumie od początku tygodnia nam dowalili. Jezu, pierwszy tygodń szkoły, god damn it! Tak więc moje odwiedziny bloggera gwałtownie spadły i jak się okazuje, mam u ciebie do nadrobienia 2 notki! No to zaczynając od przedostatniej:
    Jak już wcześniej dziewczyny zauważyły – rozdział był pełen emocji i akcji, no i do tego cudownie dłuuuuugi czyli taki, jaki ja uwielbiam <3 No i ciekawy, oczywiście, czyli spełnia wszystkie wymogi xD O rany akcja z Kibą, to było coś :O W sumie trochę mi szkoda chłopaka, no bo w końcu robił to dla swojej siostry, no ale mimo wszystko wobec Dyary też miał jakieś zobowiązania. Ja takiej zdrady też bym łatwo nie wybaczyła :<
    Och, uwielbiam scenę na cmentarzu <3 To było takie cudowne, gdy Sasuke po tym wszystkim do niej poszedł i… hmm, „pocieszał ją na swój sposób”. Aż mi się ciepło zrobiło na serduszku, gdy Dyara tak mówiła, że poczuła się jak dawniej i w ogóle… no aż łezka się w oku kręci xd No i na końcu całe to przytulenie. Tak, ta scena to jedna z moich ulubionych w twoim opowiadaniu :3
    Ta cała rozmowa Sasuke i Sakury była przeurocza, zwłaszcza jak tak się ze sobą trochę droczyli. W taki naturalny, niewymuszony sposób *-* Ale najwidoczniej Saska zabolało troszkę, że ona chce zostać w Liściu :< Mam nadzieję, że zostanie tam również z nią :3
    Oh, no kurczę, no i ta walka *-* Wiedziałam, że szykujesz jakiś pełen emocji i zajebistości moment, jakby powiedziała moja nauczycielka od pl, punkt kulminacyjny xd Opis walki jak zwykle ekstra, wszystko można sobie perfekcyjnie wyobrazić, każdy ruch i w ogóle. No i do tego wplotłaś dużo emocji, aż normalnie się wczułam *-* Ależ ja nienawidzę tego gnoja Danzo :< Dziwka jedna, no.
    No i końcówka… hmm, nie wiem, co sumie mogłabym o niej napisać. Cholernie mnie zaskoczyła. Co to w ogóle za przepowiednia była? I czemu do cholery nagle stracili przytomność? Kurczę tyle pytań, tak mało odpowiedzi… Ohhh, kocham takie tajemnicze sprawy :3 A tak swoją drogą to niezła z ciebie poetka xD
    No dobrze, za epilog, a raczej za komentowanie go, bo przeczytać już przeczytałam, zabiorę się dopiero jutro, dziś jestem po prostu wykończona i nie dam rady xd A mówili, że na humanie jest łatwo… idź na humana, they said! It will be fun, they said! xD
    No nic, pozdrawiam gorąco i całuję <3

    OdpowiedzUsuń