wtorek, 12 czerwca 2012

Rozdział VI

Pomysł zrobienia czegoś pożytecznego, a realne wykonanie tej czynności, to zupełnie inna bajka.  Wyszłam z  pokoju z zamiarem opuszczenia tego miejsca. Minęłam  sprzątaczkę, która właśnie miała się odezwać, gdy druga położyła jej rękę na ramieniu i dała znać, aby zostawiła mnie w spokoju. Tak też się stało.  Zdziwiłam się, że nikt nas nie przywitał, nic nie powiedział, ale czy to ważne? Nikt mnie już nie zatrzymał. Nareszcie opuściłam to okropne miejsce. 

Dopiero, gdy znalazłam się na ulicy zorientowałam się gdzie jestem. Okazało się, że umieszczono mnie w budynku, gdzie przetrzymuje się osoby, które trzeba trzymać pod nadzorem, aż miło. Z drugiej strony, nie za bardzo mieli co z nami zrobić, więc najlepszym wyjściem było wysłanie nas tutaj. Tak więc nie wiedząc co począć, jedyne co mi pozostało na chwilę obecną to spacer. 

Otoczenie w jakim się znajdowałam było odzwierciedleniem mojego chwilowego stanu ducha. Szarówka. Słońce powoli zachodziło, prawie zniknęło, ukrywając się za potężną warstwą chmur.  Powietrze było parne, zbierało się na deszcz. Mijałam kolejne zabudowania, dążąc do nieznanego mi celu. Z resztą, nieważne gdzie pójdę i czy w ogóle wrócę. W końcu nikt na mnie nie czekał, więc nie miałam o co się martwić. 

Szłam i szłam bez celu. Dopiero po jakimś czasie, szare zabudowania ustąpiły miejsca kolorowym już, domom mieszkalnym. Mijałam ludzi szczęśliwych. Ludzi, którzy zwykle wracają do ciepłego domu na kolację, do rodziny. Ludzi, którzy trzymają na rękach swoje dzieci, traktując je jak ósmy cud świata, którzy zrobią wszystko, aby nic nie stało się ich pociechom. Moje serce już było w kawałkach, a każde spojrzenie na nich, to kolejny złamany kawałek, który dzielił się na jeszcze więcej kawałków. Ciekawe, co się stanie, gdy kawałki się skończą?

Powinnam chyba trafić do jakiegoś psychiatryka, to dla mnie tak naprawdę idealne miejsce. Cała moja rodzina zginęła, no prawie cała, a ja dzień po tej tragedii nie przeżywam większych ekscesów niż otępienie. Może w końcu zareaguję tak, jak powinien zareagować człowiek w żałobie, czyli  zapłakać. A ja nic, kompletne zero, pomijając wybuch wcześniej. Zawsze mi mówiono, że nie jestem uczuciowa, co nie było miłe, ale chyba jednak prawdziwe.

Patrząc na o racjonalnie, to nie powinnam teraz płakać, wręcz wyć? Narzekać na to, jak strasznie potraktował mnie los? Na miejscu Sasuke pewnie tak bym się zachowywała. Ale ja wiem, a ciężar tej wiedzy, której w ogóle nie chciałam posiąść spoczął w moich rękach. W rękach osoby, która był na to co najmniej nieodpowiednim kandydatem. Zostałam z tym wszystkim sama, bo nie wiedziałam w jakim stopniu mogę liczyć na mojego brata. Najprawdopodobniej w żadnym.  Nie miałam pojęcia w jaki sposób, ale ja najprościej w świecie przyjęłam do wiadomości to całe wydarzenie. Tak, wiem. Większość mojej rodziny nie żyje, została brutalnie zamordowana przez mojego brata, działającego na zlecenie Rady, coś pominęłam?

Kompletnie zatraciłam się w swoich myślach i nie za bardzo wiedziałam kim jestem, gdzie jestem, co tu robię? Nie wiem, jak długo tak wędrowałam, lecz dostatecznie długo, aby ulice opustoszały, a mrok zapanował wszędzie. Coś kazało mi się zatrzymać pod wielką rezydencją. 

Wszędzie była żółta taśma. Gdzie ja jestem? To tylko zwykły dom, aczkolwiek bogato urządzony. Duży, tak trzeba to przyznać, całkiem ładnie wystrojony, w kolorach jakie lubię. Weszłam po schodach na piętro. Widziałam kilkoro drzwi, no co? Zwykłe drzwi  w zwykłym domu. Otworzyłam pierwsze lepsze i ujrzałam pięknie umeblowany pokój. 

Był on w kolorach bordo, zmieszanymi z odcieniami szarości. Przy ścianie stało wielkie łóżko, a na nim leżało kilka maskotek, gdzieniegdzie zabawki i zgrane kolorystycznie meble. Mieszkała tu dziewczyna - przemknęło mi przez myśl. Nie odbierając jakichkolwiek bodźców zewnętrznych czy wewnętrznych, zamknęłam drzwi i ruszyłam dalej. O dziwo, ominęłam wszystkie, a otworzyłam dopiero te ostatnie. W tym pokoju mieszkał ktoś ważny, ktoś komu można zaufać. Worek treningowy, łóżko,  biurko. Wszystko wyglądało i pachniało znajomo. Czułam, że nie chcę tu dłużej być, bo sprawia mi to ból, z nieznanego mi jednak powodu. Cofnęłam się o drzwi do tyłu. 

Ten pokój z kolei miał ściany w szarości, granacie i błękicie. Białe meble, łóżko. Omiotłam pomieszczenie wzrokiem, zatrzymując się na chłopaku siedzącym przy oknie. Widziałam w jego oczach cierpienie i zdumienie. On był uosobieniem bólu, a ja obojętności. BUM! Wszystko wróciło. Ten chłopak to Sasuke – mój brat. Jestem w swoim domu, pierwszy pokój należał do mnie,  drugi do Itachi’ego, a teraz znalazłam się w tu, gdzie nieświadomie chciałam trafić. 

Stałam w jednej pozie i wpatrywałam się w niego, a on we mnie. Moja twarz nie wyrażała nic. Czułam się, jakby wszystkie moje pozytywne uczucia ze mnie wydarto i wrzucono do pralki, gdzie wyprano je ze swojej pozytywności, a na samym końcu, takie wyprane z powrotem oddano mnie. Moje ciało ruszało się samo. Nim się spostrzegłam siedziałam naprzeciwko brata, bokiem do okna, na parapecie.

- Co teraz Dyara? – spytał cicho. Już zadawał mi to pytanie. Kim ja do cholery jestem, aby znać odpowiedź?! Jestem dzieckiem, a mam robić za dorosłą.

- Będziemy żyć dalej… - wyszeptałam, wpatrując się martwo w jeden punkt, lekko kołysząc się w przód i w tył.

- Nie wyobrażam sobie tego, nie wiem jak ty. Życie bez nich wszystkich, to już nie życie… Nie ma się kto nami zająć - mruknął.

- Sami się sobą zajmiemy - powiedziałam cicho, ale stanowczo. Na te słowa Sasuke się obruszył.

- O czym ty mówisz?

- O tym, że mam zamiar wystąpić do Hokage z wnioskiem, że będziemy mieszkać sami. Pieniądze zarobimy z misji. Razem damy radę.

- Na pewno nie tutaj… - wyszeptał.

- A właśnie, że tutaj – powiedziałam, widząc jak bardzo go to bolało. Nie czułam jednak wyrzutów sumienia, ale już chyba go nie posiadam, umarło razem z rodziną. Żadnych skrupułów, ale czy nie tego chciał Itachi? Chciał nienawiści? To ją dostanie – tak Sasuke, dokładnie w tym domu, w tych pokojach, tu gdzie wybito  nam rodzinę, gdzie pozbawiono nas wszystkiego. Nie mam pojęcia, co chciał osiągnąć Itachi ale czymkolwiek by to nie było, nie pomogę mu, w zrealizowaniu planów! Nienawidzę go, za to co zrobił! Ale jestem twarda i nie dam się zniszczyć. Rodzice nie chcieliby, abym popadła w depresję, zamknęła się na świat i liczyła na to, że utrzyma mnie wioska. Jestem shinobi, tak jak ty, więc weź się w garść do cholery. Każdy ninja wie, jakie grozi mu niebezpieczeństwo fizyczne, jak i psychiczne. Ty chcesz nazywać się shinobi? Klan Uchiha żyje, przetrwał, rozumiesz?! Ja już wiem, co chce robić. Będę trenować tak ciężko, aby móc GO przewyższyć, aby GO zabić. Teraz to jest mój cel. Zemsta, tylko to krąży mi w głowie od rana. Koniec dziecinady Sasuke, już od wczoraj nie jesteśmy dziećmi. Musimy przetrwać, musimy dorosnąć i to natychmiast. Już wiem, że nikt mi nie pomoże, mogę liczyć tylko na siebie i tobie radzę to samo. A będę mieszkać w tym domu, bo to miejsce, które szczerze kocham – powiedziawszy to zeskoczyłam na podłogę. 

Jej chłód powitał moją skórę w ten sam sposób, jak widmo śmierci przywitało moje serce - obojętnie i beznamiętnie. Zamknęłam oczy, przełknęłam ślinę i powoli skierowałam się ku drzwiom, czując na sobie wzrok swojego brata. Doszłam do drzwi, uchyliłam je i odwróciłam się do Sasuke. On był uosobieniem lęku, a ja pewności siebie i wiary w nadchodzącą przyszłość.

- Uchiha się nie poddają... - szepnęłam, lecz byłam pewna, że mnie usłyszał. Wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Oparłam się o przeciwległą ścianę, nie będąc w stanie się ruszyć ani krok dalej.

Tyle kłamstw, aż nie mogę ich zliczyć. Itachi tego chciałeś? Czy o to ci chodziło? Jeśli tak mam nadzieję, że jesteś ze mnie zadowolony, bo teraz już wszystko robię dla ciebie.

Zeszłam na dół, po schodach do kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę, w końcu dawno nie jadłam. Stojąc obok lodówki, moją uwagę przyciągnęły przyczepione do niej magnesy. Zaczęłam się nimi bawić. Obserwowałam jak mogę je złączyć, ale też to, że wystarczy obrócić jeden o sto osiemdziesiąt stopni i już się od siebie odpychają. Coś mi to przypomina, co za ironia… Poczłapałam do swojego pokoju. Muszę się porządnie wyspać, przecież jutro pogrzeb.

 ***
22.10.2013r.
Ohayo!
Hmpf. Jakieś słabe i nudne te notki ._.
W tej znowu nic się nie działo >.<
Jeżeli polubiliście Dyarę, to pozwólcie mnie - Shee - się rozkręcić. Obiecuję, że dalej jest już lepiej ;)

Bywajcie!



7 komentarzy:

  1. Bardzo ładnie, znów świetny rozdział. Widać, ze fabuła idzie płynnie do przodu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze przerażał mnie system panujący w Konoha. Na przykład w przypadku Sasuke i Naruto - Nie masz rodziców? Masz 7 lat? Świetnie! Żyj i radź sobie sam!
    No po prostu masakra xD
    Dyaria jest niesamowicie dojrzała jak na swój wiek, nie wiem czy takie słowa wyszłyby z ust jakiegokolwiek dziesięciolatka ;D No i jest całkiem zdolnym kłamcom, prawie sama jej uwierzyłam xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie zimna suka. Nawet po śmierci matki nie ma ta dziewucha emocji? To z jaką lekkością mówi o śmierci najbliższych jest wręcz przerażające.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ile ta Dyara ma lat, że jest taka "dorosła"? xd Zachowuje sie normalnie... Niby dziecko, a poważna jak 70-letni starzec. Masakra. Tak czy inaczej rozdział fajny chyba jeden z najlepszych, który na razie przeczytałam. Aż normalnie mi się żal Sasuke zrobiło ^^ Co jest nienormalne O.o

    OdpowiedzUsuń
  5. Mi się podoba taka Dyara. W końcu płakanie i użalanie się nad sobą nie przywróci jej rodziców, nie?
    Uchiha się nie poddają, nigdy. ^^
    Co do Sasuke, powinien się ogarnąć trochę, bo jak narazie jego młodsza siostra lepiej radzi sobie ze śmiercią bliskich niż on. A podobno to najmłodsi najgorzej znoszą utratę rodziny.
    Niby są shinobi, ale nie wiem czy sobie sami poradzą. Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. :l

    OdpowiedzUsuń
  6. Stwierdzam, że masz talent do pisania ;) Początkowo rozdziały były niesamowicie śmieszne i już się bałam, że te takie "poważniejsze" będą klapą. I tutaj jest całkowita rewelacja, bo też świetnie Ci wychodzą!
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń