sobota, 31 maja 2014

II Rozdział XIV & Epilog

Dyara
- Czas na umieranie, ścierwa!
Nagle w oberży zapanował chaos. Ludzie zaczęli uciekać w popłochu, depcząc tych, którzy w amoku potknąwszy się, upadli. Spojrzałam czujnie na Raito, który dotknął palcem oczu. Oh, genjutsu. Skinęłam głową, skupiając się. Nie dam rady długo trzymać w iluzji tak dużej ilości ludzi. Kilka minut będzie musiało nam wystarczyć.
Uruchomiłam sharingana, a goście w drużynie z najeźdźcami przestali nas widzieć, gdyż ich równoległa rzeczywistość pominęła istnienie moje i Raito.
- Chodź przez okno. – Pociągnął mnie za ramię, kiedy moją głowę przebił ostry ból, powodując ugięcie się moich nóg. Z całych sił starałam się utrzymać technikę, jednak nie byłam w stanie walczyć z Enyą w ten sposób. Raito wziął mnie na ręce i wyskoczył przez okno, a tym momencie genjutsu przestało działać, a my schowaliśmy się w krzakach.
- Kuso – warknęłam pod nosem na własną bezsilność, kląc w myślach na Enyę. Parszywa…
- W porządku? – spytał, czujnie lustrując otoczenie. Poczułam przyspieszone bicie własnego serca, które poczęło galopować w zastraszającym tempie, powodując wzrost temperatury mojego ciała. Nie minęła sekunda, a mój język przecięły tysiące sztyletów, zostawiając małe ranki. Szybko zatkałam usta, wytrzeszczając oczy. Na moment przed moimi oczami zapanowała ciemność, a po chwili utraciłam zdolność mówienia. Kompletnie nie byłam w stanie wprawić w ruch swojego języka.
Przestraszona popatrzyłam na Yamurę, który przysłuchiwał się wrzaskom z knajpy.
- Czas na odwet! Zachciało wam się buntu, wieśniaki! – Uniosłam się na kolana, podpierając się na ramieniu Raito. Wiedziałam, że tylko ja byłam w stanie zrozumieć mężczyznę, który właśnie wycinał okoliczną ludność w pień. Obrazy pojawiające się w mojej głowie nie przewidywały takiej rzezi niewiniątek…
- A kogo my tu ma… - Natychmiast z moich ust wystrzelił ogień, a ręce uniosły się do gardy. Byłam roztrzęsiona straconą umiejętnością mowy, co spowodowało tą gwałtowną reakcję. Raito warknął coś pod nosem, lecz nie zdążył nawet zwrócić mi uwagi.
- Moc, moc! – Zaczęły się przeraźliwe nawoływania, a ja dźwignęłam się na nogi. Uniosłam głowę, widząc na drzewie kruka. Rzuciłam wzrokiem na jego czerwone tęczówki, a wszystkie wiadomości od brata właśnie do mnie dotarły. Spokojnie miałam pozwolenie, aby się bić. W całym kraju buntownicy ruszyli do ataku. Nie mogłam dostać lepszej przepustki.
- Musimy uciekać – powiedział chłopak, łapiąc za kunaie. Pokręciłam gwałtownie głową, wskazując na dom.  – Nie zbawisz świata. – Spojrzał mi się głęboko w oczy, jednak ja nieugięcie kręciłam przecząco głową. – Będziemy mieć przez to problemy, Konoha będzie mieć przez to problemy.
Miałam ogromną ochotę mu powiedzieć, że nie wiem, czy w ogóle wrócę do Liścia. Ta wioska kojarzyła mi się negatywnie, a przyszłość wolałabym mieć raczej świetlaną niż monotonną, nudną i pełną uprzedzeń ze strony sąsiadów. Koryncki oddział zaczął się przegrupowywać, a ja zbliżyłam się do niego, złożyłam na ustach delikatny pocałunek, po czym mrugnęłam jednym okiem. Zaraz się okaże, kto tu jest ścierwem.
Ignorując ból w klatce piersiowej ruszyłam w stronę wrogów, a Raito nie czekając od razu do mnie dołączył.
- Wyślij gońca po posiłki, alarm! – Yamura nic nie rozumiał, jednak obserwując mnie postępował należycie.
Wojownicy w ciężkich zbrojach zaczęli na nas nacierać, a mi przed głowę przeleciała myśl, że moc naprawdę budziła w ich umysłach strach. Może nie musiałam ich zabijać, a jedynie nastraszyć? Z dwojga złego lepiej w tę stronę.
Kopnęłam najbliższego z pół obrotu, wkładając w uderzenie trochę chakry. Mężczyzna odleciał, a reszta zastygła w bezruchu. Czujnie lustrowałam ponad czterdziestkę przeciwników, którzy nie byli mi dłużni. Ja jednak nie bałam się, bo  przez to wszystko co stało się na Koryncie, przestałam bać się śmierci.
I tak wszyscy umrzemy.
Nie miałam jak z nimi pertraktować. Nie mogłam się nawet odezwać. Byłam w stanie jedynie zrobić jakiś pokaz, aby strach wsiąknął w ich kości, powodując, że odpuszczą rolę katów. Kilka sekund pozornej ciszy przerwał męski krzyk. Ktoś przedarł się przez rzędy pobratymców i unosząc nad głowę miecz ruszył na mnie.
Natychmiast uruchomiłam sharingana, bez problemu unikając ciosów rycerza. Był to młody chłopak, mający w oczach czystą furię, wkładając w swe cięcia całą siłę. Jak wielkie wyrzuty sumienia będą mną targać, kiedy go zabiję?
Gdy przeciwnik pochylił się za bardzo do przodu, ciężar ciała przenosząc na przednią nogę wychyliłam się do przodu i uderzyłam w jego dłonie, z których mieć wypadł, uderzając o ziemię. Po tłumie przetoczył się pomruk, a ja spojrzałam w oczy przeciwnika. Oczy, które przepełniała diaboliczna wściekłość.
- Nikt nie przeszkodzi nam w drodze do wolności. – Przykrzywiłam głowę, a on uniósł pięść chcąc mnie uderzyć. Cios prawie doszedł do celu, lecz Raito momentalnie pojawił się obok mnie, skręcając chłopakowi kark. Ciało bezwiednie opadło na trawę, a gdzieś z tyłu widowni rozległ się krzyk.
- Nawet nie ważcie się jej tknąć. – No dobra, wyszło trochę ckliwo. To nic osobistego, Yamura, ale zdradzając mnie z Lilian nie miałeś zahamowań apropo zadawania mi ran. Dupek. – Kto następny?! – Patrzyłam na niego zdziwiona, kiedy wystąpił przede mnie, zasłaniając własnym ciałem. Coś się działo. Coś, czego nie byłam do końca świadoma. Cała ta sytuacja wydawała mi się sztuczna. Oddział stał w bezruchu, a przed okna przyglądali nam się przerażeni wieśniacy. – No kto?! – wydarł się, a ja nerwowo rozejrzałam się dookoła.
- Et irruet super te pro peccatis primum propositum. – Z moich ust wydostał się cichy jęk, gdy głowy wszystkich rycerzy zwisnęły jak na zawołanie. Złapałam Raito za ramię, lecz ten wydawał się nie czuć mojego dotyku. - Et irruet super te pro peccatis primum propositum. – Damski głos ponownie zakłócił ciszę, jednak ja skupiona byłam na Raito, który chyba mnie nie słyszał.
Potrząsnęłam nim, a kiedy znów nie zareagował, obeszłam go, chcąc spojrzeć w jego oczy. Chciałam krzyknąć, lecz nawet to nie było mi dane. Jego oczy były czarne. Białko zniknęło, a tępe spojrzenie wbite było w koryncki oddział.
- Et irruet super te pro peccatis primum propositum. – Zamknęłam  oczy, odwracając się przodem do nich.
Ku mnie kroczyła Enya w całej swej mrocznej postaci. Krwiste tęczówki przewiercały mnie na wylot, a włosy rozchodzące się na boki przypominały zasłony, które właśnie rozsuwając się pozwalały jej wejść na scenę.
- Przeznaczenie dosięgło cię pierwszą, czas zapłacić za swoje grzechy – powiedziała śmiertelnie poważnym tonem, a je dosięgnęłam kunaiów. – Nawet nie zakwilisz… - Podeszła do mnie, a ja nie mogłam się ruszyć. Coś strasznego opanowało moje ciało, przez co byłam niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Sparaliżowana patrzyłam, jak jej blada, koścista dłoń dotyka mojego policzka, po czym kieruje moją głowę w stronę Raito.
Enya pstryknęła palcami, a oczy Yamury wróciły do normalności. Pierwsze co zrobił, to skierował wzrok na mnie, jednak...
Nie wierzyłam w to, co właśnie stało się na moich oczach. Nie przyjmowałam do wiadomości faktu, że serce, które Enya właśnie trzymała w dłoni jeszcze sekundę temu biło, dawało życie jedynemu mężczyźnie, którego naprawdę kochałam.
- Ostatnia bariera przez którą nie mogłam się przebić, miłość. – Zacisnęła pięść, a krew prysnęła na moją twarz. Mimo, że moje mięśnie odmówiły współpracy nadal stałam, wpatrując się niemo w ciało leżące na ziemi. Nie, to nie mogło się tak skończyć. Nie mogło. – Ostatni mur upadł, teraz jesteś już moja, a dzięki tobie Korynt pogrąży się w wiecznej ciemności. – Nie ruszał się. Boże, on naprawdę się nie ruszał. Nie, nie, nie! Poczułam, jak ktoś unosi moją brodę góry, a po chwili widziałam jedynie krwistoczerwone oczy i tę satysfakcję. – Przyjechaliście, rozjuszyliście buntowników i w końcu się ujawniliście przed niewiernymi. – Wszystko wokół mnie zajarzyło się czerwienią. Tą samą, którą czułam po walce z Danzo. - Wiedz, że zaraz znikniesz. Na zawsze.
Po moich policzkach lały się strumieniami słone łzy. On nie żył…
- Ty też zaraz zginiesz. Czuj się przygotowana do spełnienia roli anioła zagłady.
W tym momencie opanowała mnie całkowita ciemność, a ja powoli traciłam świadomość. Ja? Czyli kto? Potrząsnęłam głową. Świadomość? Jaką świadomość, o czym? Nie… Zaczęłam mrugać powiekami, lecz nic to nie zmieniło, nadal otaczał mnie mrok. Mrok? Czym jest mrok? Dlaczego się w nim zatracam. Ja? Nie ma mnie. Już na zawsze nie ma mnie.

Itachi
- No to chyba logiczne, że Mirva poszła zabić Kahirę, nie?
Spuściłem głowę, zamykając oczy.  Czego ja chciałem, oczekiwałem? Czego ja tak naprawdę chciałem?
- Jaki jest twój cel w życiu? – spytałem Sheeiren, a obdarowany zostałem przeciągłym westchnięciem.
- Spokój dla Riny – odpowiedziała, a ja zacisnąłem usta.
- Kiedy według ciebie będzie zbawiona? – Ta ciemność przyprawiała mnie o myśli, że już się stąd nie uwolnię, że zawsze będę ślepy, bredzący w mroku niczym małe dziecko, które nigdy miałoby nie nauczyć się chodzić. Po prostu czułem, że skończyła się era zwykłych ataków. Ja, ja nic nie widzę i mam przeogromne wrażenie, że nie ulegnie to zmianie.
- Kiedy zginie każdy, kto przyłożył chociażby palec do jej śmierci – powiedziała, a ja zaplotłem dłonie na karku.
- Wybiłem całą moją rodzinę, pozostawiając przy życiu tylko dwójkę mojego rodzeństwa. Uśmierciłem ponad setkę ludzi, a Sasuke przez większość czasu chciał jedynie mojej śmierci. Oni wiedzą, że na nich czyhasz. To wcale nie jest miłe.
- Jesteś popieprzony. – Najwidoczniej te informacje nie przytępiły jej ostrego, bezczelnego języka. Wpadłem w dziwne otępienie, zaczynając podsumowywać własne życie. Za czym ja tak naprawdę goniłem?
- I to równo -  odparłem, zastanawiając się, co dzieje się teraz z Imrin. Czy żyje? Nawet nie wiem, jak na to wszystko zareagować, to wszystko zaczęło mnie przerastać. Nawet ja mam granice.
- Nienawidzę swojego kraju – syknęła, ja uśmiechnąłem się gorzko.
- Dla mojej wioski zamordowałem swój klan.
- Jesteś… tak bardzo różny – powiedziała cicho. Rozmawialiśmy o masowym mordzie, śmierci i zemście, a ja czułem się w tej chwili wyjątkowo usprawiedliwiony.
- Różny od kogo?
- Od wszystkich – szepnęła, a ja zacząłem sobie wyobrażać jak teraz wygląda. Imrin, gdzie jesteś? - Gdybyś dotknął mojej siostry, zabiłabym cię.
- Próbowałabyś – poprawiłem ją, na co dziewczyna ledwo słyszalnie prychnęła. - Dlaczego skończyłem w tej celi z tobą? Jesteś nikim.
- Masz zamiar umierać, że zebrało ci się na takie myśli?
- Sam nie wiem. – Zacząłem wyobrażać sobie Imrin, która właśnie walczyła o życie. Dlaczego siedziałem tu, nic nie robiąc, aby jej pomóc? Oszukała mnie, zabijała niewłaściwych, ale kim ja byłem, aby ją oceniać? – Coś się stanie.
Usłyszałem chrzęst otwieranych drzwi, a po chwilę głos Thora.
- Chodźcie, czas na was – powiedział, a Sheeiren wstała, łapiąc mnie na rękę.
- Będę cię prowadzić, uważaj na sufit. – Podniosłem się  na kucki, idąc w stronę w którą ciągnęła mnie dziewczyna. Nie miałem innego wyjścia, a ona wydawała się tym najbardziej racjonalnym.
- Quia pulvis es et in pulverem reverteris, aliud non postrema aetate mortua.
- Słyszysz to? – spytałem, kiedy wyszliśmy z celi, gdzie prócz odgłosów naszych butów nie słyszałem już nic innego.
- Niby co? – odszepnęła, nadal ciągnąc mnie za sobą.
- Głos – odparłem, jakby to było logiczne.
- Itachi, nie pozwól mu. Zwalcz to, bo… - Przystanąłem. Byłem pewien, że był to głos mojej mamy, byłem pewien.
- Chodź. – Sheeiren znów ruszyła do przodu, a do mnie poczęły dochodzić odgłosy bieganiny i kobiece krzyki.
- Quia pulvis es et in pulverem reverteris, aliud non postrema aetate mortua. – Znów słyszałem ten głos.
- Uwaga, schody. – Począłem wspinać się po nich, a mętlik w mojej głowie piętrzył się z sekundy na sekundę.
- Aaa! – Znów się zatrzymałem. Imrin, to była Imrin.
- Zaprowadź mnie do niej – powiedziałem twardo, a dziewczyna chwilę nie wykazała po sobie żadnego ruchu, jednak po chwili odezwała się.
- Dołączymy do ciebie zaraz.
- Cały pałac jest ewakuowany. Możecie nie zdążyć przed wybuchem.
- Natychmiast – warknąłem, a ona zaczęła biec.
- Damy radę! – odkrzyknęła, a echo naszych kroków odbijało się po długim korytarzu, którym się przemieszczaliśmy. Imrin, miałaś nie dać się zabić, nigdy. Obiecałaś mi to. – I tak jej nie zobaczysz – powiedziała Imai przez ramię, nie zaprzestając poruszać się do przodu.
- Quia pulvis es et in pulverem reverteris, aliud non postrema aetate mortua. – Męski głos ponownie powtórzył to samo zdanie, a my zatrzymaliśmy się.
- Mirva! – Sheeiren krzyknęła, a coś z łoskotem upadło na ziemię. To na pewno ciało, tylko czyje?
- Próbowałam… - Szedłem przed siebie na oślep, kierując się szlochaniem dziewczyny, aż zahaczyłem o coś nogą.
- I-itachi. – Ukucnąłem, trafiając dłonią na pukle blond włosów umazanych i posklejanych krwią. – Prze-prasz-am za w-szy-stko. – Dławiła się. Uklęknąłem, kładąc jej głowę na własnych kolanach.
- Obiecałaś nie umierać – powiedziałem beznamiętnie, choć tak naprawdę w mojej duszy panował chaos nie do opisania. Jak ona może? Przecież obiecała.
- Kłam-stwa, nie chc-ia… - Głośny krzyk rozpaczy Sheeiren zagłuszył słowa Imrin. Zbliżyłem jej twarz do swojej, chcąc usłyszeć ostatnie słowa. – Ko-ch… - Ciało, które jeszcze chwilę temu drgało niespokojnie, właśnie przestało. Przecież obiecała!
- Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Drugi, nie ostatni, najstarszy, martwy. – Uniosłem odruchowo głowę do góry w reakcji na obcy głos. – Za każdym razem, jak powtarzałem sobie w głowie tę formułkę brzmiała żałośnie. Teraz jednak ma ona swój klimat. – Poczułem dotyk Hyriona na swojej świadomości. Namacalnie grzebał mi w głowie, kiedy przykurczony pochylałem się nad ciałem narzeczonej. Obiecała…
- To wszystko wasza wina – warknąłem, chcąc wstać. Chciałem, lecz nie mogłem.
- Oj, przestań. – Jego lekceważący ton tylko mnie rozdrażnił. – Twoja siostrzyczka też już rozrabia na obrzeżach. Całkiem nieźle wygląda jako anioł śmierci, zostawiający po sobie wyludnione wioski.
Przełamałem jego opór i wstałem. Chwiejąc się na nogach, z dygoczącymi kolanami, wstałem.
- Ciągle mnie zaskakujesz, Itachi. – Hyrion mlasnął, a ja zacisnąłem pięści. - Wszystkie mury puściły, kiedy Dyara ukazała swoje moce przed niewiernymi. W sumie, to to wszystko jej wina. – Usłyszałem kroki, prostując się. Czułem, jakby ktoś nieustannie łamał mi kręgosłup, jakby grzebał w moich wnętrznościach wybierając co ciekawsze elementy, lecz stałem hardo, nie pozwalając się poniżyć. Nie będę przed nikim klękał.
- Nie pozwol…
- Nie masz nic do gadania. -  Chwycił moją głowę i odchylił do tyłu. Znów poczułem, jakby ktoś właśnie roztrzaskiwał moje kości, lecz zacisnąłem zęby, nie wydobywając z siebie nawet dźwięku. – Tak to się kończy, wiesz. Przeznaczenie kołem się toczy, te sprawy. A jesteście fajnym okazem, bo nawet nie doszliście do Miyobu.– Poczułem jego dłoń na swoich oczach. – Lubiłem cię, ale jako demon będziesz lepszy. Będziemy razem wybierać się na łowy. Czy to nie cudowne?
Zacząłem odpływać, tracić kontakt. Z każdej strony oślepiała mnie biel, rażąc po oczach, nie pozwalając odetchnąć. Od czego ja chciałem odetchnąć? Miałem od czego? Czy ja cokolwiek w życiu miałem? Ja, czyli kto?

Sasuke
- Co za obskurna cela – mruknąłem, rozglądając się dookoła.
- A powiedz mi, czego się spodziewałeś? - Odpowiedziała pytaniem Sakura, bawiąc się dłońmi.
Zacisnąłem oczy, bo ból w mojej głowie nieustannie narastał. Nie chciałem jej jednak o tym mówić, bo jedynie czego teraz potrzebowałem, to jej zatroskany wzrok i zamartwianie się o wszystko.
- Ile chciałbyś mieć dzieci? - Łypnąłem na nią kontrolnie, chcąc upewnić się, czy nie bredzi.
- Teraz cię naszło na takie pytania?
- Wyobraź sobie, że nie mam nic lepszego do roboty. - Skrzyżowała ręce na piersi, a ja miałem ogromną ochotę przewrócić oczami.
- Trójkę - odparłem szybko, trochę bez zastanowienia. - Dwóch synów i córkę.
- To piękne, gdy marzenia się spełniają, wiesz? - Złapała mnie za dłoń, kładąc ją po chwili na swoim brzuchu.
- Czy ty chcesz…?
- Będziesz ojcem.
Nie wiem dlaczego, ale przed moimi oczami pojawił się Naruto, jeszcze jako nastoletni bachor. Nie. Blondyn definitywnie, nie. Musi być taki jak ja, albo go wydziedziczę.
- Sasuke. - Sakura potrząsnęła delikatnie moim ramieniem, a ja skierowałem na nią swoje szeroko otwarte oczy.
- Będę ojcem - powiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
- Udało nam się. - Uniosłem jej dłoń do ust, całując knykcie. - Wybierzemy imiona?
- Nie za wcześniej? - Z fascynacją przyglądałem się jej brzuchowi, na którym na razie nie widać było żadnych zmian.
- Jeśli to będzie dziewczynka, to nazwiemy ją Shinra.
- A jeśli chłopiec, to Iyerren.
- Będę wołać na niego Ren. - Jej twarz rozjaśnił uśmiech, a mi obskórna cela przestała przeszkadzać. - Albo Ian.
- Trochę dziwnie - stwierdziłem. - W tym imieniu nie ma “a”.
- Ale jest w “Sakura”, a synek musi mieć coś z mamusi. - Poklepała się po brzuchu, a ja natychmiast zatrzymałem jej dłonie.
- Co ty robisz? - syknąłem. - Chcesz mi syna przedwcześnie uśmiercić?
- Przedwcześnie? - Uniosła jedną brew ku górze. - Zamierzasz zrobić to przede mną?
- Jak nie będzie się sprawował, to kto wie?
- I dlaczego założyłeś, że to chłopiec?
- Shinra będzie trzecia, najmłodsza.
Ból głowy nasilał się, lecz byłem zbyt szczęśliwy, aby się tym przejmować. Naprawdę będę ojcem…
- Tu postremo volens vindicare, omnes ilico vincula te retinuissem. - Zmarszczyłem brwi, przykładając Sakurze palec do ust. Ta jednak mówiła dalej.
- Który pokój będzie jego? Na pewno na piętrze, żebym miała blisko w nocy i… - Zatkałem jej usta dłonią, na co zastygła w bezruchu.
- Chyba tylko mi się zdawało - mruknąłem, łapiąc się za potylicę, gdzie ból przeistoczył się w istną katorgę.
- Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. - Spojrzałem na nią, przepełniony uczuciem spełnienia. Pogodziłem się z Itachim, Dyara znalazła sobie faceta. Posiadłość jest odnowiona, w sam raz na przyjęcie moich dzieci oraz Sakury, kobiety mojego życia. Teraz mogę umierać.
- Tu postremo volens vindicare, omnes ilico vincula te retinuissem.
- Znowu - syknąłem, czujnie rozglądając się dookoła.
- Może to rzeczywiście nie pierwszy raz, kiedy wyznaję ci miłość, ale naprawdę mógłbyś być bardziej delikatny.
Drzwi celi otworzyły się, a w przejściu stanęła zapłakana Sheeiren.
- Wszyscy nie żyją. Mirva, Kahira, Tanada, Itachi…
- Co?! - Natychmiast pojawiłem się obok niej, łapiąc za bluzkę. Ból prawie rozwalał mi czaszkę, jednak to, co powiedziała Imai było zdecydowanie bardziej godne uwagi. - Mów - warknąłem.
- On je-jest demonem. Zabija każdego, kogo napotka.
- To jak przeżyłaś?! - Wykrzyczałem jej prosto w twarz, potrząsając nią.
- Sasuke, przestań. - Zignorowałem nawoływania Sakury na rzecz szarych tęczówek Sheeiren, które zagubione błądziły po suficie.
- Uciekłam, bo użyłam chakry, aby szybciej biec - szepnęła, a ja wyminąłem ją, pojawiając się na korytarzu. - Zabierz stąd Sakurę i uciekajcie!
Uruchamiając sharingana, przeskakując co dwa stopnie na schodach, biegłem co tchu. Itachi? Zabija?
Otworzyłem wrota prowadzące do strefy z celami, a od razu usłyszałem pełne cierpienia wrzaski.
Po chwili sam do nich dołączyłem jako solista, bo moje uszy rozsadzało takie ciśnienie, jakby moja głowa miała zaraz wybuchnąć. Upadłem na kolana, a w powietrzu rozległ się przeraźliwy pisk.
Nagle jednak zapanowła cisza. Moje serce galopowało jak szalone, lecz nawet jego łomotanie było dla mnie nieme. W moim polu widzenia pojawili się uciekający ludzie, którzy właśnie wybiegli zza zakrętu. Krzyczeli w niebogłosy, jednak ja byłem głuchy na ich wołania. Wstałem, nie mogąc tego wszystkiego pojąć.
Stałem nieruchomo, kiedy minęli mnie pierwsi ludzie. Ruszyłem w stronę, z której nadbiegali.

- Tyś ostatni, chcący zemsty.  Zaraz przestaną krępować cię wszelkie więzy.
- Więc to ty jesteś Sneyd - powiedziałem, choć sam nie byłem tego w stanie usłyszeć.
Mężczyzna stojący przede mną miał czarne, sięgające ramion włosy. Jego wychudła sylwetka i wręcz biała skóra sprawiały, że przeszły mnie ciarki. Nagle za jego plecami zobaczyłem pędzącego i oszalałego Itachiego, który właśnie rzucił się na uciekającą służącą, rozrywając jej gardło.
Ja tylko żartowałem z tym, że mogę już umierać…
Chciałem wyciągnąć rękę przed siebie, jednak nie mogłem tego zrobić. Zacząłem panikować, po raz pierwszy w życiu czując nadchodzący koniec. Gdzie jest Sakura?
Poczułem dłoń Sneyda na moim czole. Itachi stanął przede mną, spoglądając mi prosto w oczy, których on już nie posiadał. Jego oczodoły były puste i przerażające, tak, jak wtedy….
Nagle przestałem widzieć, ktoś zasłonił mi widok. Zacząłem się szamotać, jednak moje ciało pozostało w miejscu. Cokolwiek się stanie, Sakura musi uciec. Iyerren musi przeżyć, tak samo jak ona, bo sobie tego nie wybaczę. Sobie? Komu? Jakie dziecko? Kim jest Sakura?

Jedynie tydzień zajęło rodzeństwu wyludnienie całego kontynentu.
Nikt więcej już o nich nie słyszał.

***
Jest mi trochę smutno, serialnie xd
BY AKEMII
Chciałam jak najszybciej skończyć Kyodai, aby na spokojnie kontynuować Karuzelę, dalej pisać Banicję, coś na ASW, a tu jednak będę trochę tęsknić xd Nie chciałam ich zabijać, naprawdę. Uwierzcie mi, dobra?
To mój drugi zakończony blog i obydwa to sadendy. Musicie mi wybaczyć, to silniejsze ode mnie. Miało być "z pompą", więc chyba jest. Zaskoczyłam was? Wątpię. Rozdział wyszedł mi średnio i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, jednak nie było mnie stać na nic więcej. Usiadłam wczoraj do komputera koło 23 i napisałam wszystko od ręki. Może to właśnie dlatego.
Gdyby nie wy, Kyodai zostałoby zawieszone, jestem tego pewna. Miałam taki czas, że całkowicie straciłam zainteresowanie tą historią, całkowicie. Jednak imponująca liczba obserwatorów - 88 (nie wierzę, że jest was aż tyle. To na pewno tylko dla picu) i komentarze mnie do tego zmobilizowały.
Ten blog jest dla mnie mimo wszystko cholernie ważny. Gdyby nie Dyara, mogłabym nie poznać Riny, tracąc w ten sposób więcej, niż mogłoby się wam wydawać xd Uchiha zawsze była w większości stworzona ze mnie, więc to naprawdę coś osobistego. 
Nie jestem w stanie przywołać wszystkich, którzy w jakiś sposób przyczynili się do kontynuacji Kyodai. Dziękuję jednak najbardziej Nami, Hayley i Patrycji, które wspierają mnie nadal, jak tylko mogą. Akemii, frajerowi, która właśnie siedzi na konwencie - beze mnie! Kropkowi, który prawie zawsze stał na posterunku. Natalii Takishimie, która wcześniej czy później zawsze nadrabiała zaległości. Jikukan Ido twoje komentarze mimo, że jedne z najnowszych całkowicie podbiły moje serce, wiedz o tym xD Me za budujące opinie. Mikinnou, która nawet po moim narzekaniu w sprawie karuzelowego szablonu została moją czytelniczką. Zochanowi, która po nocach czytała na telefonie - pamiętam <3 Soli za wytrwanie większości opowiadania. Chustii, która zawsze powie coś mądrego na temat facetów. Ahiru, która swego czasu uraczała mnie swoim komentarzem pod każdą notką. Amane, BC, Yuki, Angel Kitty, Yuki83046, Anayannie, Enmie, Risie-chan, , Magudzie, Zło Wcielone, Asoka Kiraa, Anae Mitsuki, Unnoticed, Marcie Anonim, Michiru San, Chan Lee, Michałowi, Dżeli, Lenie i Neko za to, że chociaż raz dali mi znać o swoim istnieniu. Te same podziękowania kieruję do: Radhika Murai, onee san,Asoka Volo Matsuya, Yuna N, Tsuya, Emy Ishikara, unabeth, Shinu-chan,TobiMilobi, Isabel Witther, Bogumiła Roch, Shika i Marutemarii, CarpeDiem, Anastasiane R., Samantha Fikcyjna, Keyu (Kasai) Wara, Narumi, Marmur Nyanyan, Seiko Ibuka.
Trochę się was tu zebrało, a mi nadal jest smutno xD
Mam dla was pocieszenie - przynajmniej tak mi się wydaje.
Wczoraj zobaczyłam jeden art. W mgnieniu oka dopadłam do laptopa i napisałam prolog nowego opowiadania. Dziś od rana molestowałam Zochana o szablon. W ten sposób powstała nowa historia o tematyce, która mało kogo zaskoczy: 


To naprawdę ten czas, kiedy się żegnam? T_T
Dziś 31 maja, jutro mój szesnasty dzień dziecka i era nowych opowiadań dojrzałej Shee B| - hehe, nie.  Zawsze będę szczylem w gronie mojej blogowej paczki i muszę z tym żyć.
Kyodai dorastało razem ze mną, co bardzo widać po notkach.
Ech, przedłużam tylko tę parszywą chwilę ><
Dobra! Koniec!
Dziękuję wam serdecznie za wszystko, co związane z rodzeństwem Uchiha!
Bywajcie!